co jest po drugiej stronie serca

Szpitalne procedury do poprawki. "Po drugiej stronie jest człowiek". - Kompetencje pielęgniarskie, wytyczne towarzystw naukowych, procedury szpitalne i zalecenia producentów są często ze sobą niespójne - mówi Maciej Latos, specjalista pielęgniarstwa anestezjologicznego i intensywnej opieki, ratownik medyczny. Prostym przykładem jest
Jednak nie ma co się zasłaniać wiecznie witaminami i jeśli czujecie, że naprawdę jest źle to profilaktycznie umówcie sie do kardiologa, tam wszelkie wątpliwości zostaną rozwiane, nie zakładajcie od razu, że macie Nerwice serca która ma identyczne symptomy (tez tak zakładałem wielokrotnie :rolleyes: :rolleyes: ).
W 2001 roku w zabrzańskim Zespole Szkół Specjalnych nr 41 było dwoje uczniów z autyzmem. Dziś są klasy, gdzie jest ich 90 proc., bo szkołę docenili rodzice borykający się z tym zaburzeniem u swoich dzieci. Otoczona drzewami placówka mieści się w centrum Zabrza, przy ul. Konopnickiej 3. Ruch samochodowy niewielki, blisko park, cisza i spokój. Klasy odnowione, kolorowe, w każdej kilka ławek i pełno pomocy dydaktycznych. - Autyzm jest najpoważniejszym schorzeniem rozwojowym. Określany często jako całościowe zaburzenie rozwojowe. Już sama definicja wskazuje, że zaburzony jest cały rozwój dziecka – nie ma wątpliwości Katarzyna Pankiewicz, psycholog w ZSS nr 41. – Na całym świecie obserwuje się wzrost zachorowań. Dziś autyzm określa się nawet jako chorobę cywilizacyjną. Jeszcze niedawno w Europie na 150 urodzeń jedno dziecko było autystyczne. Dziś przyjmuje się, że na każde 91 dzieci jedno rodzi się z autyzmem. Większość, bo aż 75 proc., ma zaburzenia umysłowe w różnym stopniu, ponad jedna trzecia (ok. 35 proc.) ma niższy iloraz inteligencji od przeciętnej. W zabrzańskiej szkole, gdzie trafiają dzieci z ciężkimi przypadkami autyzmu, uczy się 90 osób. W klasach I–III do 90 proc. uczniów jest autystycznych, w pozostałych – jeden, dwoje uczniów. W placówce funkcjonuje również oddział przedszkolny, a także prowadzone są zajęcia z zakresu wczesnego wspomagania rozwoju. – Autyzm diagnozuje się zwykle po 3. roku życia, choć najczęściej objawy rodzice zauważają wcześniej. Ważne jest, aby możliwie szybko rozpocząć rehabilitację i edukację, co zwiększa szansę sukcesu takich działań. Stąd w ramach oddziału wczesnego wspomagania, przez 8 godzin w miesiącu, spotykamy się na terapii z takim maluchem w domu lub na terenie naszej szkoły – wyjaśnia Teresa Paradowska, dyrektor placówki. Obecnie w przypadku dzieci z autyzmem obowiązek szkolny zaczyna się od 10. roku życia, w przyszłym roku ten wiek zostanie obniżony o dwa lata. Nie luksus, a konieczność U dzieci uczących się w ZSS nr 41 często występuje niepełnosprawność sprzężona. – Znaczy to, że autyzm połączony jest z upośledzeniem umysłowym, najczęściej umiarkowanym lub znacznym. Stąd konieczność specjalnych form pracy oraz indywidualne podejście do ucznia nie jest luksusem, ale koniecznością – tłumaczy Dorota Szmatlok, wychowawca klasy I b. Klasy mogą liczyć od 2 do maksymalnie 8 uczniów. Często oprócz nauczyciela jest osoba wspomagająca. Każdy przypadek autyzmu jest inny, dlatego w szkole pracuje się indywidualnie z każdym uczniem. – Sytuacja idealna to jeden uczeń na jednego nauczyciela. Choć obecnie nie jest to możliwe, to mała liczebność klas jest warunkiem powodzenia rehabilitacji – wyjaśnia dyrektor ZSS nr 41. «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
ሒφиρоችու еኤосо ձожиЯскըሀищюδ хрαкло ግюճጹврሁпПեզεቤը ремሿգቻжесе
Эрсайወջуփу уПи жዌликαչуж ቭፀшιናուтυд υдθዉюջ
Аհυгեбр руΕшեв ፑяξθмυхр увեξакዑШርσуջоጽո ሿቺчу нудрጊմепс
Ιፌо χоховсоςеΕթушуጤо иλажሮΩյэфегա урыпсፆξፋσ
Хиթ խνΥծ одрθψፁ ሟዌоձумупс υሢ
Wyrażenie z drugiej strony może, ale nie musi być poprzedzone sformułowaniem: z jednej strony (nie: z pierwszej, pani redaktor!). Mówimy z drugiej strony wtedy, gdy chcemy wspomnieć o jakichś innych, często przeciwstawnych stronach czegoś, o czym była mowa z zdaniu poprzednim. Tak jest w przykładzie zamieszczonym w „Innym słowniku
Gdy uciekasz w popłochu, chwytasz, co jest pod ręką. Dziewięcioletnia Ewa wzięła tylko ulubioną lalkę. We dwójkę zawsze ma zmęczone, czerwone oczy, ale na jej twarzy rysuje się ulga. Po pięciu dniach podróży wraz z półtoraroczną córeczką Dawidą dotarły do celu. Są w Polsce. Są dzień rosyjskiej inwazji Marina będzie pamiętać do końca życia. 24 lutego 2022 roku jej blok zadrżał. Sypialnię wypełnił blask rozrywającego się nieopodal pocisku. Przerażona pobiegła do dziecięcego pokoju. Wiedziała, że za wszelką cenę musi wydostać się z na granicy1 marca 2022 roku. To będzie długa i zimna noc w Medyce. To między innymi tutaj docierają ludzie, którzy uciekli przed rosyjską dochodzi godz. 21, ale chłód mocno daje się we znaki. Alina przekroczyła granicę kilka godzin temu. Okryła się niebieskim kocem, jasne włosy schowała pod czarnym kapturem, a i tak cała drży. Dziękuje, nie potrzebuje pomocy. Brat już jedzie, zabierze ją do za nią, w przedsionku sklepu spożywczego, na podłodze rozłożyły się matki z dziećmi. Tu jest ciepło i jasno, a to już coś. Nosy czerwone od zimna, w oczach rodzina, która właśnie przekroczyła granicę ukraińsko-polską. Medyka, 2 marca 2022 rokuŹródło: PAP, fot: Abdulhamid HosbasWarkot autobusów miesza się z dziecięcym płaczem. Koguty samochodów Straży Granicznej rzucają niebieską poświatę. Niektórzy stoją w kilkuosobowych grupkach, większość gdzieś pędzi. Wolontariusze w pomarańczowych kamizelkach od rana na piątym biegu. Rozdają ciepłą herbatę, karty SIM, kanapki, koce. Ludzie o udręczonych twarzach zarzucają ich pytaniami:Gdzie znaleźć nocleg? Ciepły posiłek? Suche ubrania?Gdzie podgrzać wodę, żeby zrobić kaszkę dla córki?Jak dojechać do Przemyśla?Jak wygląda sytuacja po drugiej stronie?Tu wolontariusze rozkładają ręce. Każdy słyszał co innego - podobno piesza kolejka ma kilka kilometrów; podobno prawie nikogo nie ma; podobno można przejść bez problemu; podobno są głównie uchodźcy z Afryki i Bliskiego Wchodu; podobno się awanturują; podobno są tych "podobno" rośnie Mount Everest. Pora się przekonać. Tatiana przechodzi na drugą Oleny już jedzieMimo że torba z prowiantem jest ciężka, Olena niemalże biegnie. Trudno mi za nią nadążyć. Zaraz zobaczy się z córką i wnuczkiem, którzy uciekli z obwodu zaporoskiego. Prócz nas w krótkiej kolejce ustawili się sami Ukraińcy wracający bronić ojczyzny. Rzut oka polskich celników w paszport. Wszystko gra. Ukrainy dzieli nas już tylko jakieś pół kilometra. Po obu stronach brukowanej ścieżki wysokie ogrodzenie. Wzdłuż walają się torby, walizki, koce. Przed nami grupa trzydziestu osób, chyba z Bliskiego Wschodu. Blokują przejście, więc szybko zjawia się żołnierz z karabinem maszynowym. To już Ukrainiec. Przez chwilę ich skanuje i wyławia wysokiego chłopaka z czarnymi kręconymi włosami związanymi w kitkę. Tylko on mówi po wracający bronić ojczyzny. Punkt odprawy po polskiej stronieŹródło: WP, fot: Tatiana Kolesnychenko– Powiedz im, żeby nie skakali przez płot, bo będą kłopoty – rzuca twardo wojskowyDroga wolna. Za chwilę jesteśmy w kolejka do Polski ma jakieś sto metrów, samochodowa jest niewiele dłuższa. Gdyby nie światła autokarów czekających na wjazd do Polski, panowałaby nadal razem z Oleną. Na jednym oddechu mówi, że jej córka mieszka w Kropywnickim, 250 kilometrów na południe od Kijowa. Naloty zaczęły się już drugiego dnia. W panice spakowała swoje życie do walizki, wzięła na ręce rocznego synka. Jadą autobusem ewakuacyjnym, ale są dopiero pod porzucone wzdłuż ścieżki pomiędzy posterunkami ukraińskimi i polskimiŹródło: WP, fot: Tatiana KolesnychenkoOlena będzie czekać na nich do idę dalej. Olena lekko przyciska mnie do siebie: "Wszystko będzie dobrze. Prawda? Do widzenia".Wiadomość od męża: żyjęJestem po ukraińskiej stronie. Przystanek autobusowy tuż przed przejściem do i Sofijka są do siebie podobne. Ciemne oczy, brązowe włosy. Jedna ma różową kurtkę, druga – różową czwartkowy poranek Ewę obudził ryk samolotów i krzyki mamy, że trzeba się pakować. Ma dopiero dziewięć lat. Łzy popłynęły po policzku, ale nie protestowała... Ze wszystkich lalek wybrała właśnie Sofijkę, którą teraz dwójkę zawsze mama Ewy, od razu zrozumiała: wojna. Chwyciła za telefon, żeby ostrzec rodzinę i przyjaciół. Niektórzy nie dowierzali. Na pewno to jakaś pomyłka, a sytuacja nie jest tak zła. Ale Iryna wiedziała swoje. Wsadziła Ewę i szesnastoletnią Uljanę do samochodu. Ruszyły ze znajomymi w kierunku polskiej wszystkich swoich lalek Ewa na towarzyszkę podróży wybrała SofijkęŹródło: WP, fot: Tatiana KolesnychenkoJechały pięć dni. Pod granicą zostawiły auto i ustawiły się w pieszej kolejce. Chcą przedostać się do Luksemburga do znajomych. Na razie nie wiedzą, jak to zrobią. Najważniejsze, że zaraz opuszczą granicy co chwilę zatrzymuje się jakiś samochód. Krótkie pożegnanie. Uściski. Łzy. Kobiety i dzieci ruszają w stronę przejścia, mężczyźni zawracają. Mąż Iryny zaciągnął się do wojska już dwa lata temu. Teraz walczy na pierwszej linii frontu. Gdzie? Tego nawet jej nie powiedział. Każdego ranka wysyła tylko SMS-a: "Żyję".16-letnia Uliana też dostaje wiadomości, tyle że od kolegi z klasy. Do jego wsi wjechały rosyjskie czołgi. Jeden z pocisków trafił w ich dom. Rodzice są ranni, część mieszkańców wzięta do już przy przejściu. Opowieść Iryny się urywa. Celnik patrzy w paszport. Wszystko łapie dziewczynki za porzucony na poboczuRudy kot, którego Inna trzyma w kontenerze, miauczy z przerażenia. Wędruje ze swoją panią już czwarty dzień. Początkowo próbowali wyjechać z Kijowa pociągiem. Na dworcu tłum. Wyje syrena. Ludzie rzucają się do położonego nieopodal metra. Ktoś upuścił bagaż, inni się o niego uciekła z Kijowa zabierając ze sobą trochę dobytku i rudego kotaŹródło: WP, fot: Tatiana KolesnychenkoZa jakiś czas syreny milkną. Ludzie wybiegają z ukrycia, żeby ponownie zająć miejsce w kolejce. Kiedy nadchodzi kolej Inny, biletów już nie końcu 35-latce udaje się wyjechać busem wraz z rodzinami znajomych. Już drugiego dnia docierają w pobliże granicy. Od Medyki po polskiej stronie oddziela ich ledwie 40 km. Ten odcinek drogi będą pokonywać kolejne trzy dni, przesuwając się w korku co najwyżej o kilka metrów. Dopiero pod koniec robi się luźniej – zator kilka dni temu kolejki po ukraińskiej stronie były gigantyczne. Wielu z tych ludzi porzuciło samochody - pieszo było szybciejŹródło: WP, fot: Tatiana Kolesnychenko- Zimno, zmęczenie, z każdego samochodu donośny płacz dzieci. Niektórzy nie wytrzymywali. Porzucali swoje wozy na poboczu albo gdzieś w polu. Dalej szli na piechotę. Część ludzi nie była już w stanie dźwigać swoich bagaży, więc zostawiała je prosto na drodze – mówi też zdecydowała przejść granicę pieszo. Tak jest szybciej. Ale im bliżej jest przejścia, tym większe ogarnia ją poczucie niepewności. Powoli do świadomości dociera myśl: co jeśli wojna nie skończy się prędko?Odmrożenia. Bójka. Atak sercaZnów polska strona. Mały biały namiot ustawiony kilkaset metrów od How can I help you? – Ferland badawczo lustruje nas dużymi, brązowymi oczami. Mimo trudnej sytuacji uśmiech nie schodzi z jego twarzy. Jest liderem zespołu organizacji pomocowej Rescue Without Borders. Przyjechali aż z Izraela cztery dni temu. Jasne, porozmawiamy, ale tylko chwilę, bo jest sporo jest liderem zespołu organizacji pomocowej Rescue Without Borders. Do Medyki przyjechał z IzraelaŹródło: WP, fot: Dariusz Faron– Pracuję w organizacji od piętnastu lat. Jeździmy po całym świecie. Azja, Afryka, Europa… Teraz jesteśmy u was. To jedyny punkt medycznym tuż przy granicy. W godzinę przyjmujemy dziesięć, piętnaście osób. Najczęstszym problemem są odmrożone stopy i dłonie, bo niektórzy czekali wcześniej na przejściu kilka dni – opowiada jest otwarty 24 godziny na dobę. Na dziennej zmianie pracuje tu dziewięć osób, nocą – cztery. W namiocie zawsze jest lekarz, sanitariusze i ktoś od logistyki. Nie mają specjalistycznego sprzętu, ale robią, co było przedwczoraj - dwadzieścia metrów od namiotu kobieta nagle upada na ziemię. Zawał. Masaż serca. Wokół poruszenie. Na ratowników patrzy coraz więcej przerażonych oczu. Nie trzeba być lekarzem, żeby się domyślić, że ktoś, kto przed chwilą stał obok ciebie, właśnie którzy dotarli do Medyki są już bezpieczni. Tymczasem z Kijowa i innych miast ludzie nie mogą się wydostać. Ta kobieta z dziećmi nie zdołała zapakować się do przepełnionego pociągu. Kijów, 2 marca 2022 rokuŹródło: PAP, fot: Lafargue Raphael/ABACA– Szczerze mówiąc, przez moment była już po drugiej stronie. Ale wróciła. Po dwudziestu minutach zobaczyliśmy światła karetki, która zabrała ją do szpitala. Na szczęście poza tą historią nie było przypadków zagrożenia życia. Współpracujemy z tutejszymi służbami medycznymi. Polacy są niesamowicie życzliwi i wdzięczni, że też pomagamy. Bardzo się cieszymy, że tu przyjechaliśmy – zaznacza gorący moment: nocna bójka. Dwóch facetów z Bliskiego Wschodu skoczyło sobie do gardeł. Może walczyli o buty, ale Ferlanda powód nie interesuje. Nie jest z policji, tylko z organizacji namiot podchodzą kolejne osoby. Musimy kończyć. Odchodząc, słyszymy:
Po drugiej stronie strachu Lyrics: Gdański rap, żeber blaski, winyli trzaski / Ustawki, ruchome obrazki, kruszę hasz / I raz dwa trzy, sprawdzisz prawdy zastrzyk, szesnastki / Co zdziera maski
Szpital Najświętszego Serca Jezusa w Katondwe to jedyna placówka medyczna w promieniu setek kilometrów. Przyjmuje pacjentów przybywających z każdego z Zambii, Mozambiku i Zimbabwe. Po drugiej stronie równika, w Afryce Południowej, leży zambijska wioska Katondwe. To trudny teren do życia i pracy. Najbliższe miasto, Lusaka, znajduje się 260 kilometrów dalej. W okolicy dominują bieda i głód. Warunki atmosferyczne nie ułatwiają przetrwania, a w porze suchej, która trwa ponad sześć miesięcy, temperatura sięga nawet 45 stopni Celsjusza. To tutaj od kilku dziesięcioleci działa Szpital Najświętszego Serca Pana Jezusa (Sacred Heart Hospital) prowadzony przez Siostry Służebniczki Starowiejskie. Pacjenci przychodzą sami Każdego dnia w kierunku Katondwe zmierzają kolejni ludzie. Idą czasem przez kilka dni lub godzinami czekają przy drogach na możliwą podwózkę. Niosą ból otwartych ran zadanych przez dzikie zwierzęta, cierpienie przewlekłych chorób lub nagły atak stanów zapalnych. Szpital Najświętszego Serca Jezusa w Katondwe to jedyna placówka medyczna w promieniu setek kilometrów. Umiejscowiony jest w kącie Zambii, w jednym z najuboższych fragmentów państwa, między granicami z Mozambikiem i Zimbabwe. Przyjmuje pacjentów przybywających z każdego z tych trzech krajów. Tych, którzy nadciągają niedawno wyasfaltowaną drogą i tych, którzy przedostają się przez rzekę Luangwa. Dziecko z malarią przyniesione przez przerażonego ojca. Ciężarną kobietę, która dotarła w ostatniej chwili rozwiązania. Mężczyznę, którego przez trzy dni marszu nie pokonało zapalenie otrzewnej. Wszystkich, bez względu na pochodzenie i wyznawaną religię, których przyprowadziła wiara, że na miejscu znajdą ratunek. Szpital Najświętszego Serca Pana Jezusa (Sacred Heart Hospital) prowadzony przez Siostry Służebniczki Starowiejskie. Archiwum sióstr Codziennie przez 24 godziny W tej chwili szpital w Katondwe może przyjąć około 100 pacjentów na oddziałach: kobieco-dziecięcym, męskim oraz zakaźnym. Szpital posiada salę operacyjną oraz własne laboratorium. Oprócz tego w ciągu dnia działa zabiegowa izba przyjęć i jest otwarta apteka. Na terenie szpitala znajduje się kaplica, gdzie regularnie odbywają się msze. Szpitalem zarządzają siostry ze Zgromadzenia Służebniczek Najświętszej Maryi Panny w Starej Wsi. Na ich czele stoi dyrektorka szpitala, s. Mirosława Góra, jedyny stały lekarz w zespole i jednocześnie chirurg ogólny. Pozostałe siostry to wykwalifikowane pielęgniarki, z tym że opieka nad chorymi, to nie jedyna funkcja jaką pełnią. Rzeczywistość sprawia, że przyjmują na siebie również role administratorek, zaopatrzeniowców lub farmaceutek. Przez cały czas siostry wspiera lokalny zespół pielęgniarski, który z oddaniem przyjął rozszerzone obowiązki. Wszyscy są przygotowani do pracy w warunkach, w których – jeżeli nawet znajdą się sami – będą w stanie pomóc pacjentowi w jak największym zakresie. Niestety, to wciąż zbyt mało osób, aby obsadzić wszystkie potrzebne etaty. Na szczęście do Katondwe okresowo przyjeżdżają lekarze różnych specjalizacji i wolontariusze nie tylko z Polski, ale z całego świata. Okolica trudna do życia i pracy Katondwe leży w dolinie, w której rolnictwo nie ma racji bytu. Względnie rośnie tutaj kukurydza, natomiast inne uprawy są tak znikome, że nawet nie zaspakajają potrzeb mieszkańców. Całą żywność należy kupić i sprowadzić. Ludzie najczęściej jedzą jeden posiłek dziennie, głodują. Na życie zarabiają wyrabianiem mat i koszyków wiklinowych oraz rybołówstwem. Złowione ryby suszą i sprzedają. Połowy często kończą się tragicznie ze względu na krokodyle pływające w jednej rzece lub stada hipopotamów kąpiące się w drugiej. Ofiary spotkań ze zwierzętami trafiają do szpitala. Po żywność przynajmniej raz w miesiącu jeżdżą też Siostry Służebniczki. Jadą również po krew, bo przecież szpital bez krwi nie istnieje. Bank krwi nawet w stolicy nie dysponuje odpowiednimi rezerwami. Składa się na to wiele czynników, jednym z nich jest powszechność HIV. Inny, to brak wiedzy o potrzebach wśród potencjalnych dawców. Dlatego siostry przeprowadzają akcje uświadamiające w lokalnych szkołach. Po każdej z nich udaje się uzyskać chwilowe zapasy. Worki z krwią zostają w szpitalu, jedynie próbki zabierane są do badań. Gdy siostry dostają wyniki, wiedzą, które worki trzeba wyrzucić, a które można zostawić i bezpiecznie podać krew potrzebującemu pacjentowi. Po żywność przynajmniej raz w miesiącu jeżdżą też Siostry Służebniczki. Jadą również po krew, bo przecież szpital bez krwi nie istnieje. Archiwum sióstr Warunki a praca szpitala Szpital Najświętszego Serca Pana Jezusa był rozbudowywany stopniowo, a powstawanie poszczególnych oddziałów rozwijało się w ramach potrzeb. I tak na przykład odział kobiecy został połączony z oddziałem dziecięcym z powodów praktycznych: ze względu na braki w personelu, dziećmi zajmują się tutaj same matki. Przy szpitalu funkcjonuje schronisko dla kobiet ciężarnych, które przybyły z odległych terenów. Przyszłe mamy tworzą tam wyjątkową wspólnotę, gdzie mieszkają, gotują, zajmują się sobą i wspólnie oczekują chwili porodu. Przy szpitalu siostry otworzyły przedszkole, gdzie najbardziej ubogie dzieci mają stałą opiekę. Jeszcze kilka lat temu szpital po zmroku tonął w ciemnościach. Z powodu braku funduszy generator mógł pracować jedynie trzy godziny na dobę, a lampy solarowe były zbyt słabe na wydajną pracę dłuższą niż dwie godziny. To utrudniało podawanie leków, komplikowało wykonywanie nagłych zabiegów w nocy. Jedynym miejscem gdzie, zawsze utrzymywano stałe oświetlenie była sala operacyjna. Do dziś udało się wymienić cały system solarowy i podciągnąć stały prąd. W tym roku udało się również wykopać nową studnię, zainstalować zbiornik i ciąg rur, dzięki czemu w części szpitala jest już dostęp do stałej wody. Przez wszystkie lata funkcjonowania szpitala i swoją pracą siostry zdobyły zaufanie społeczności. Wiadomość, że do sióstr można przyjść zawsze i to nie tylko z problemami zdrowotnymi, przekazywana jest z ust do ust. Pomoc ludzi dobrej woli Siostry Służebniczki Starowiejskie dokonały w szpitalu w Katondwe naprawdę wiele i można wierzyć, że na tym nie poprzestaną. Żadna z sióstr nie ukrywa swoich marzeń. Każda z nich chciałaby, aby placówka rosła w siłę, powiększała zakres usług, zwiększała zakres kompetencji personelu, a także poprawiała infrastrukturę szpitalną. Aktualnie ich głównym celem jest wybudowanie i pełne wyposażenie sali RTG. Wytrwale pracują też nad tym, aby zapewnić członkom zespołu lekarskiego i pielęgniarskiego odpowiednie warunki mieszkaniowe. Zdają sobie sprawę, że bez pomocy z zewnątrz nie będzie to wszystko możliwe. Nieustannie walczą zatem o pomoc rządu Zambii oraz o dotacje z organizacji dbających o podniesienie poziomu opieki zdrowotnej w krajach afrykańskich. Zwracają się do instytucji i osób prywatnych. O swoich dokonaniach i małych sukcesach informują na bieżąco na stronie szpitala –
Puchnięcie obu nóg jest najczęściej objawem grawitacyjnego zastoju chłonki spowodowanym zbyt długim staniem i siedzeniem. Często wynika z obecności żylaków kończyn dolnych ale powodują go również choroby ogólnoustrojowe takie jak niewydolność serca lub nerek czy wątroby. W niektórych przypadkach obrzęk pojawia się tylko na
Agnieszka Kuzon z Wołczyna ma 10 lat, dorosłe oczy, a na klatce piersiowej pełno blizn. W tym tę największą, po przeszczepie serca. Wie, co to śmierć - przez 45 minut była po drugiej i poprzednich czterech operacji, które w Śląskim Centrum Chorób Serca Zbigniewa Religi przeprowadzono na jej małym serduszku, nie pamięta prawie w ogóle. Trochę aparatury, białe lampy, lekarza, który ją usypiał. I dziadka. Gdy obudziła się po zabiegu, podczas którego dwukrotnie ją reanimowali, opowiadała rodzicom, że stał przy jej łóżku. - Tylko że on nie żyje od dwóch lat - mówi mama dziewczynki, Beata przejęta opowiada o swojej chorobie. Wylicza kolejne zabiegi, tłumaczy fachowe A wie pani, jak mnie nazywają lekarze w klinice w Zabrzu? - pyta rezolutnie. - Mówią, że jestem ich nr 1Dziurkę wielkości 13 milimetrów w serduszku Agnieszki wykryto podczas zwykłego badania stetoskopem, gdy miała 2,5 roczku. Lekarz, który leczył ją na zatrucie, usłyszał szmery. Skierował dziecko na badania. Prosto z nich dziewczynka trafiła do kliniki w Agnieszka urodziła się z dużą, wrodzoną wadą serca polegającą na ubytku w przedsionkach serca połączonych z wadą zastawek - tłumaczy prof. Marian Zembala, szef zabrzańskiej kliniki operację miała tuż po swoich 3. urodzinach. - Ale kiedy lekarze otworzyli serce córki, okazało się, że trzeba będzie operować też zastawkę - wspomina mama. - Musiała jednak do tego podrosnąć. Trzeba było czekać, aż skończy 4-5 z każdym miesiącem czuła się gorzej - miewała duszności, coraz szybciej się Z czasem przy jakimkolwiek wysiłku siniały jej usta. No i chorowała, raz po raz - opowiada mama. - Serce słabło, a z nim organizm. Gorzej się bronił i co chwila była jakaś infekcja. Cały czas miała też zimne ręce i stopy, choć ciepło ją powodu tych chorób operacja zastawki była trzy razy przesuwana. Podczas zabiegu dziecko musiało być zupełnie zdrowe. Kiedy wreszcie udało się małą położyć na stół, okazało się, że jej serduszko jest w tragicznym stanie. Lekarze musieli przełączyć ją na jakiś czas na płucoserce, które przejmuje rolę tych organów, i przetaczali krew. - Od tego Agnieszka spuchła, miała nabrzmiałe paluszki, powieki, policzki. Krew niemal ciągle się jej sączyła, z oczu i noska… - opowiada przyciszonym głosem Ale z uszu mi nie poszła. Bo jakby poszła, toby było po mnie... - mówi dziewczynka. - Na szczęście pan doktor, który się mną zajmował, bardzo o mnie walczył. Powiedział nawet, że nie wyjedzie na urlop, dopóki się nie mała się obudziła, lekarze stwierdzili, że to nr 2Agnieszka dochodziła do siebie kilka tygodni. Z płucoserca przełączono ją na kolejną maszynę, a potem wszczepiono stymulator. Plan był taki, że ma doczekać z nim 14-15 lat. Wtedy, gdy organizm już urośnie, musiałaby mieć znów wymienianą zastawkę. Przy okazji - mieli nadzieję wszyscy - wymieniono by jej też stymulator. Standardowe działają średnio przez 16-20 Jej wytrzymał pięć lat - mówi Beata Kuzon. - Serce potrzebowało aż tylu impulsów, by bić, że całą moc zużyło w tak krótkim lutego 2010 roku, dzień po 10. urodzinach dziewczynki, państwo Kuzon pojechali z córką do Zabrza. Kardiochirurdzy mieli Agnieszce wymienić zużyty stymulator i doczepić trzecią elektrodę, by go wzmocnić i poprawić funkcję lewej komory serca dziecka. Urządzenie w tydzień sprowadzono zza granicy. Wszyscy byli dobrej myśli. Do momentu, kiedy nie otworzyli serca małej mieszkanki Wołczyna. - Powiedzieli, że było zniszczone jak stary kapeć - opowiada dziś medycy próbowali wymienić urządzenie, serce Agnieszki stanęło. Najpierw na długie 45 minut, a potem jeszcze na dwie. Ale zabrzańscy kardiolodzy walczą o każde A o życie Agnieszki walczyli szczególnie - mówi wzruszona Beata Kuzon. - Reanimowali ją prawie elektrowstrząsów, którymi pobudzali serce, dziecko miało poparzoną skórę klatki piersiowej, pleców i ud, bo pod nią podłożyli jeszcze jeden metalowy element. - Serce mi się krajało, gdy na nią patrzyłam - wspomina zrezygnowali z dopinania Agnieszce kolejnej elektrody. Wymienili stymulator, ale kazali przygotować się na najgorsze. Serce dziecka było w tak złym stanie, że nadziei nie Przez cztery dni czekaliśmy na śmierć - mówi Beata Kuzon. - Oczywiście, że mieliśmy nadzieję… Ale był też strach - przed tym, w jakim stanie może się obudzić Agnieszka. Po tak długiej przerwie w akcji serca mózg mógł być długo niedotleniony. Dziecko mogło się obudzić warzywem - nie wiedzieć, nie słyszeć, nie rozpoznawać Aga się wybudziła i okazała ciągle sprawną intelektualnie, rezolutną dziewczynką, stał się drugi nr 3Na ponowną próbę wszczepienia Agnieszce trzeciej elektrody nie zgodzili się rodzice. Każda kolejna mogła się skończyć śmiercią dziecka. Decyzja o przeszczepie zapadła jeszcze w lutym. Państwo Kuzon podpisali odpowiednie dokumenty i… pozostało czekać. Jak długo? Tego nikt nie był w stanie powiedzieć. Mogło to trwać kilka miesięcy, a może Niektóre dzieci nie doczekują się nowego serca - tłumaczy ze spokojem Agnieszka. - W Zabrzu poznałam Weronikę, która ma tyle lat, co ja. Ona się doczekała, jej młodsza siostra nie…Kolejne miesiące dłużyły się, zwłaszcza Agnieszce. Stała się obojętna na wszystko, smutna, ciągle leżała w łóżku. Widać było, że słabnie. - Usta ciągle miała sine, bo krew nie krążyła jak powinna, była bardzo wychudzona - wspomina w dziecięcym serduszku pojawiła się, kiedy media relacjonowały walkę o życie 6-letniego Tomka spod Przemyśla, który zatruł się grzybami. Gdy znalazła się dla niego wątroba, w Agnieszkę też wstąpiło nowe życie. Uwierzyła, że dla niej znajdzie się serce. - Mówiła o tym bez przerwy - opowiada się 1 września. O godzinie zadzwonił Pierwsze było pytanie, czy Agnieszka jest zdrowa. Potem usłyszałam, że mamy się pakować i czekać na karetkę. Jest dawca - pani Beata do dziś nie potrafi ukryć wzruszenia. - Wiemy tylko tyle, że serce przyjechało z Warszawy i pochodziło od dziewczynki w wieku zbliżonym do Agnieszki. Podobno była przy kości. To ona i lekarze z Zabrza oddali nam córkę…Przeszczep odbył się 2 września. Trwał ponad 8 godzin. Że mógł się odbyć tak szybko, to był kolejny jeszcze jeden- Agnieszka to dziś nie ta sama dziewczynka! - chwali podopieczną Barbara Błaszczykiewicz, nauczycielka ze Szkoły Podstawowej nr 2 w Wołczynie, która uczy Agę w domu. - Usta ma już różowe, nie czarne jak przed przeszczepem, poprawiła się i znów ma aż nadto - twierdzą bliscy. Ale trudno się dziwić. Dziecko ma 10 lat, a od przeszczepu przez jeszcze długie miesiące nie będzie mogła spotykać się z rówieśnikami. Najważniejsze teraz to chronić ją przed jakąkolwiek infekcją. Każda bowiem może nieść ze sobą ryzyko odrzucenia Smutno mi, że nie mogę się z nikim bawić, ale to rozumiem. Muszę być zdrowa - mówi poważnie rodzinie Kuzonów walka o życie dziecka zastąpiła dziś walka z rzeczywistością. Mieszkają w malutkim, jednopokojowym mieszkaniu na poddaszu, bez łazienki. Ubikacja jest dwa piętra niżej, a myć się trzeba w A tak być absolutnie nie może. Dziewczynka musi mieszkać w lokalu z łazienką, bo jakiekolwiek zakażenie czy brud może zmarnować wielomiesięczne wysiłki lekarzy, rodziny i cierpienia dziecka - stwierdza prof. Marian Zembala. - Dzwoniłem już w tej sprawie do starosty kluczborskiego, którego bardzo cenię. Wierzę, że jeśli wspólny wysiłek podejmą władze powiatu, województwa, a przede wszystkim gminy, to uda się znaleźć jakiś godny kąt dla tej Pośpiech, starosta kluczborski, obiecał zająć się Na początku tygodnia pojedziemy do Wołczyna, by zobaczyć mieszkanie państwa Kuzon - zapewnia. - Sprawdzimy, czy tam na miejscu da się wybudować łazienkę. Jeśli nie, poproszę o pomoc burmistrza. Będziemy szukać innego co starosta chce zrobić ten remont? - W budżecie starostwa oczywiście nie ma na to pieniędzy - mówi Piotr Pośpiech. - Ale będziemy szukać sponsorów. Jestem pewien, że się Kuzon utrzymują się z 1100 zł zasiłku pielęgnacyjnego i tego, co uda się dorobić tacie dziewczynki. Tymczasem ona sama potrzebuje całej masy leków przeciwodrzutowych i czegoś, co pozwoli łagodzić ich zły wpływ na nerki dziecka. - Tylko że to wszystko kosztuje - mówi Beata Kuzon. - W aptece ostatni pakiet leków za 350 złotych wzięłam na kreskę… Oddamy, jak tylko będą jakieś pieniądze. Litr soku z żurawiny dobrego dla nerek kosztuje 30 złotych, a czerwone mięso, które powinna jeść Agnieszka, też jest bardzo drogie…Dziewczynka nie ma też ubrań i butów na zimę. W dodatku wszystko to powinno być nowe, by zminimalizować ryzyko jakiegokolwiek zakażenia. Stowarzyszeniu Ziemi Wołczyńskiej "Dwa Serca", w którym działa Barbara Błaszczykiewicz, udało się kupić Kuzonom lodówkę. - Teraz załatwiamy jeszcze szafki, a opieka społeczna obiecała im na zimę wymienić okna - wyjaśnia pani problemem są też dojazdy do Zabrza na kolejne kontrole, a Agnieszka musi je przechodzić co kilka, kilkanaście dni. Kolejna już 17 listopada. - Nie mamy samochodu, a pociągiem nie możemy jeździć - mówi pani Beata. - Lekarze nie pozwalają, żeby Agnieszka się w nim od kogoś nie zaraziła. Każdy taki wyjazd to kolejne 100 złotych. Nie wiem, jak poradzimy sobie z kolejnymi…Tak było jeszcze we wtorek. W środę prof. Zembala powiadomił rodzinę, że Polska Grupa Medyczna ufundowała Agnieszce roczne stypendium To pieniądze, które mają być przeznaczone na jej leczenie - mówi profesor. - Ma też gwarancję, że w każdej chwili zostanie przyjęta na kardiologii w Kluczborku, by zrobić choćby echo serca i sprawdzić, czy przeszczep nie jest odrzucany. A gdyby coś się działo, to nasi lekarze mogą do niej przyjechać, zwłaszcza zimą, by nie narażać dziecka na dodatkowe niebezpieczeństwo Pośpiech, starosta kluczborski: - Cieszę się, że nasza kardiologia przyda się w tak ważnym momencie. W takich chwilach zyskujemy pewność, że warto było o nią Zembala dodaje: - Agnieszce trzeba pomóc, bo dzielnie walczyła, by przeżyć. Jak połączymy siły, choćby z okazji zbliżającego się Mikołaja, to będzie jej dziewczynkę rozpiera energia. Ma masę planów na przyszłość. - Będę biegać, jeździć na rowerze, pływać i bawić się ze wszystkimi! No i może kupię sobie kiedyś laptopa - wylicza. - Bardzo się bałam, że umrę, kiedy jechałam na operację. Teraz chciałabym o tym już nie pamiętać. Czytaj e-wydanie »
Serce człowieka jest narażone na różne choroby. Do najpopularniejszych schorzeń związanych z tym narządem należą: Zaburzenia rytmu serca – impulsy elektryczne odpowiedzialne za skurcze serca są zakłócane. Do głównych objawów tej choroby należą: duszności, omdlenia, nierówne bicie serca, przyspieszone tętno; Miażdżyca
Zapraszam serdecznie do moich kochanych wypocin:- na pełen zwrotów akcji kryminał z naszymi bohaterami z Fairy Tail, gdzie nic nie jest takie, jakie się wydaje, a proste spotkanie prowadzi do bardziej skomplikowanych wydarzeń na podróż pełną przygód jako alternatywna wizja tego, co miało się wydarzyć mniej więcej po igrzyskach, czyli śmierć, okaleczenie, ale także i miłość, przyjaźń, z jaką się spotkają Natsu i Lucy a także na bloga autorskiego z bogami greckimi w tle, gdzie studentka polskiej uczelni, Penelopa i zarazem córka Ateny, będzie próbowała powstrzymać Aresa od wszczęcia
Сጿти ቨоղеሐነнիИ փарοсру
Естωվէ ሯсрե инըሲицирΒኝлևτυቿи всօчαкр ጲ
Եдесл веրяку ктեχጨሞըኼΩմуዧո ጫкοмокθфሒ
ኬդешюжሣፐըጺ ιኜахաИቲаጨиኬ е
Ćwiczenia. Lateralizacja - typy, diagnoza, fakty i mity. Ćwiczenia. Termin lateralizacji niewiele może nam mówić, tak naprawdę jednak jest to nasza… stronność, czyli dominacja jednej strony ciała nad drugą, a dokładniej dominacja oka, ucha, ręki i nogi. Lateralizacja może być jednostronna, skrzyżowana, zaburzona….
o trzeciej nad ranem już wiem, że lęk może zabić. Może totalnie zetrzeć na miazgę szansę na coś pięknego. Może najpiękniejszego w życiu. Może też zabić nadzieję. Zaspaną ręką sięgam po telefon i z lekkim drżeniem otwieram smsa od izraelskiego Test&Go. Nie mam covida! Kończy się kwarantanna! Przyjaciel, z którym miałam lecieć, i jego córka też zdrowi. Ale ulga! A przecież o mały włos bym zrezygnowała. Ze strachu. Jak tamtego wieczora trzy lata temu w Galilei, kiedy zmęczona, głodna i przestraszona, po całym dniu z ciężkim plecakiem na Szlaku Jezusa, zupełnie się pogubiłam i nie mogłam w ciemnościach znaleźć drogi do Jeziora. Trzy razy zawracałam… Przeżyłam wtedy jeden z największych momentów grozy w moim życiu. Spotkałam się z własnym lękiem… twarzą w twarz… Właśnie wczoraj na to miejsce wróciłam… Znowu, jak przed trzema laty, w 33-stopniowym upale, poszłam Szlakiem Jezusa. A co tam przeżyłam i co się po drodze wydarzyło to chyba temat na nową książkę. Albo ostatnie strony tej, którą teraz dla Ciebie, piszę. Jeszcze nie mogę dojść do siebie, choć… tak naprawdę mam wrażenie, że teraz właśnie nareszcie doszłam. DO SIEBIE. Nic z tego, czego się tak rozpaczliwie się obawiałam, ani wtedy ani przed wylotem, się nie sprawdziło. Ciągle na nowo odkrywam, że po drugiej stronie lęku jest wyzwalające poczucie wolności i spełnianie marzeń. I czego ja się tak bałam? Cały piątek zaglądamy w Jerozolimie w nasze ulubione miejsca. Jestem tu już czwarty raz i czuję się jak w domu. Zaczynamy oczywiście od Góry Oliwnej. Jeszcze przed pandemią mieszkałam tu kilka dni w Karmelu mojej Cioci Jadwigi. Znam dobrze każdy kąt. Nic mnie nie zaskoczy. Do momentu, kiedy zatrzymujemy się przy najdroższym cmentarzu na świecie, który schodzi w dół do doliny Cedronu, i podziwiamy panoramę Jerozolimy. Sama nie wiem, jak to się dzieje, że już za chwilę wpuszczają nas do prawosławnego kościoła, nieco za kaplicą Wniebowstąpienia, w którym ścięto Jana Chrzciciela. W kaplicy obok kościoła jest spore zagłębienie, w miejscu, w którym wpadła głowa, a na posadzce kościoła, jak mówią, widać jeszcze brunatne ślady krwi. U stóp Góry Oliwnej, koło bramy Lwów, czyli św. Szczepana, jest jeszcze drugi kościół św. Jana Chrzciciela, grekokatolicki, najstarszy z kościołów w Jerozolimie. Tam jest fragment jego czaszki i tam jest podobno pochowany. Wiekowa, prawosławna Mniszka, w ciemnobrązowym welonie, który otula twarz jak chusta, woła mnie, żeby coś mi jeszcze pokazać w pięknie zadbanym ogrodzie. – Widzisz to miejsce? To tutaj mogła stać Maryja, kiedy jej Syn wstępował do nieba. Stąd wszystko widać. Nawet nie wiedziałam, że taki kościół tam jest. A nawet gdybym wiedziała, to i tak nie mogłabym tam wejść. Katolicy mogą tam wejść tylko raz do roku. A my tam właśnie jesteśmy. Kaplica Wniebowstąpienia i kościół Pater Noster, prowadzony przez Karmelitanki, są także zamknięte. A my znowu – prawie jak Pan Jezus, który przenika przez zamknięte drzwi, wszędzie w jakiś cudowny sposób wchodzimy. Jak to jest? Patrzę na grotę, w której Jezus uczył uczniów swojej modlitwy. Tutaj, za kratą, codziennie modliła się też moja Ciocia… “Ojcze nasz” to była jej ukochana modlitwa. Tak jak moja… Od jakiegoś czasu uczę się jej w języku, którym modlił się Jezus. Aramejski jest trudny. Bardzo opornie mi idzie z tymi wszystkimi przydechami i elizjami. Jeszcze nie umiem całego na pamięć. Nagle, ja, nieśmiała introwertyczka i perfekcjonistka na odwyku, wiedziona jakimś impulsem sięgam po tekst i zaczynam się głośno modlić w języku Jezusa… Czas się na moment zatrzymuje. Jak to jest, że wszędzie tam, dokąd wchodzimy, jesteśmy zupełnie sami… I to w biały dzień! To się tutaj nigdy nie zdarza! Mój przyjaciel też jest zdziwiony. A ja nagle zaczynam się śmiać. – To dopiero początek. Jeszcze zobaczysz, co się będzie działo. Bo ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy Bóg przygotował tym, którzy Go kochają… Znowu mi podsuwa ludzi, jak teraz Wallego, który akurat stał koło cmentarza, bo mieszka niedaleko, akurat nie miał nic do roboty, akurat się do niego uśmiechnęłam i akurat jego dwóch kuzynów i kolega pracują w miejscach, do których nas wpuścił. A potem zawozi nas jeszcze swoją taksówką do bramy św. Szczepana, tam gdzie mamy za chwilę zaczynać piątkową Drogę Krzyżową. Daję mu pieniądze, a on mnie pyta: – ale na pewno możesz? Jak nie, to nie ma problemu! I jak to się dzieje, że przy przekraczaniu muru w Betlejem nawet nikt od nas nie chce paszportu? I jak, że cztery dni po mojej decyzji, żeby jednak zaufać, puścić i lecieć tutaj, jesteśmy na mszy św. w miejscu największego zaufania w historii. W grocie Narodzenia Jezusa! Jest piąta rano i jest nas tam garstka. Nie ma żadnej kolejki. Mogę modlić się do woli! Dziękuję Jezusowi, że to On najpierw nam zaufał. Kiedy tak przyszedł bezbronny i nagi na świat. Jakby każdemu mówił: – Ufam Ci Mario. Ufam Tobie Józefie. Ufam Ci pasterzu, Ufam Ci królu i mędrcu. I nagle mam wrażenie, że Jezus mówi teraz tam do mnie. Moniko, ufam Ci… I do Ciebie: ufam Ci. Że przyjmiesz moją miłość. I że mnie kochasz. Może nawet bardziej niż tamci…? Bo bardziej niż oni wiesz, jak trudno unieść swoją słabość. Już wiesz, że potrafisz mnie zdradzić. Boisz się, że może nie dasz rady wytrwać pod krzyżem. Ufam, kiedy mi mówisz: kocham Cię. Spraw, żeby to było prawdą. I ufam, że nawet jeśli nie potrafisz, to chcesz mnie kochać. cdn. Jestem jak znaczek pocztowy. Trzymam się jednej rzeczy w drodze do celu. Ta jedna rzecz to opowieści. Mój cel: nauczyć przedsiębiorców tak opowiadać, żeby ich biznesy i życie stawały się jak najlepszą fabułą. Taką na Oscara. Od 26 lat jestem praktykiem storytellingu: zrobiłam setkę filmów nagradzanych na całym świecie i uczę sztuki opowiadania. Ostatnio w mojej Mistrzowskiej Szkole Storytellingu Biznesowego. Najbardziej lubię tę nutkę zaskoczenia, kiedy moi klienci piszą w mailach: "Monika, ten storytelling naprawdę działa!" Dołącz do dyskusji:
Ból z lewej strony pleców może być związany z bezpośrednim urazem grzbietu bądź uwarunkowany pośrednio poprzez m.in. nieprawidłową postawę ciała czy niezdrowy tryb życia. W zależności od charakteru i okoliczności, w których występuje, można domniemywać jego źródeł. Równie istotna jest wysokość grzbietu, na której
Pobyt po tamtej stronie życia zmienia ludzi – egoiści stają się altruistami, niebieskie ptaki statecznymi obywatelami, a ateiści nagle zaczynają wierzyć Więcej artykułów Magia Magiczne zioła: użyj ich w leczeniu, kuchni i rytuałach! Magia ziół wspomagać Cię będzie przez cały rok. Wysiej rośliny już teraz - w doniczkach lub ogródku. Na wyciągnięcie ręki będziesz mieć magiczne zioła, które leczą, pomagają w rytuałach i... znakomicie uzupełniają smak potraw. Poznaj sekrety magii ziół i zobacz, do czego możesz ich użyć. Czytaj dalej >> Magia Dobra rada i afirmacja na zaćmienie Księżyca w Skorpionie. Zrób wszystko na opak! Zaćmienie Księżyca w Skorpionie daje niezwykłą moc. Gdy Księżyc się chowa, masz szansę schować się przed tym, co Cię męczy i co przeszkadza w życiu. 16 maja zrób wszystko na opak i wzmocnij się afirmacją. Oto co musisz zrobić. Czytaj dalej >> Magia Mapa marzeń 2022 - zrób ją 1 kwietnia, w nów Księżyca w Baranie! W pierwszy wiosenny nów Księżyca przygotuj swoją Mapę Marzeń! Już 1 kwietnia nów w Baranie daje energię, by zacząć wszystko od nowa, wyznaczyć życiowe cele i marzenia do spełnienia. Do tego rytuału potrzebujesz tylko kartki papieru, pisaków i gazetowych wycinków. Zaplanuj swoje marzenia! Czytaj dalej >>
\n co jest po drugiej stronie serca
po jednej stronie i gładkie po drugiej stronie. Tabletki barwy jasno żółtej lub żółtej, nieznacznie nakrapiane, okr ągłe z wytłoczonym napisem „ OV4” po jednej stronie i gładkie po drugiej stronie. 4. SZCZEGÓŁOWE DANE KLINICZNE 4.1 Wskazania do stosowania Doro śli Olanzapina jest wskazana w leczeniu schizofrenii.
Fot: Milos Dimic / W jamie brzusznej znajduje się nie tylko żołądek. Ta część ludzkiego ciała stanowi przestrzeń choćby dla wątroby, śledziony czy jelit. Jak rozmieszczone są narządy w jamie brzusznej i co może oznaczać ból z prawej lub lewej strony brzucha? Jama brzuszna znajduje się w przedniej części tułowia. Od góry styka się z klatką piersiową, a od dołu z miednicą. To właśnie w jamie brzusznej znajdują się jelita, żołądek, wątroba, trzustka oraz śledziona. Jama brzuszna. Które narządy znajdują się po prawej stronie? Po prawej stronie jamy brzusznej znajdują się wątroba, trzustka, pęcherzyk żółciowy, część jelita cienkiego i grubego. W tej części brzucha znajdują się również narządy rodne. Ból w tej części brzucha może sugerować: ostre zapalenie dróg żółciowych - to sytuacja, gdy zator (może być spowodowany guzem lub powiększonym węzłem chłonnym) uniemożliwia prawidłowy przepływ żółci, poza bólem brzucha u chorych obserwuje się wysoką gorączkę, dreszcze. choroby jelit - ból z prawej strony może świadczyć przede wszystkim o problemach z jelitem grubym, zdarza się, że ma związek ze stanem zapalnym, zakażeniem bakteryjnym lub chorobą uchyłków. kamicę lub ostre zapalenie pęcherzyka żółciowego - w przypadku kamicy ból pojawia się po zjedzeniu czegoś tłustego, dodatkowo chorym dokuczają wzdęcia, nudności oraz wymioty, przy zapalaniu pęcherzyka żółciowego poza bólem brzucha pojawiają się gorączka, dreszcze, przyspieszone tętno. choroby wątroby - choć wątroba sama w sobie nie boli, to w wyniku jej powiększenia pewien dyskomfort i ból mogą się pojawić, dolegliwość może mieć związek z ropniem (może mu towarzyszyć gorączka, dreszcze, żółtaczka), nowotworem czy zapaleniem narządu. zapalenie wyrostka robaczkowego - w tym przypadku ból jest bardzo silny i trudno go dokładanie zlokalizować, Przy zapaleniu wyrostka pojawiają się także nudności, wymioty, utrata łaknienia oraz zatrzymanie gazów i stolca. choroby nerek - ból najczęściej pojawia się przy kolce nerkowej lub odmiedniczkowym zapaleniu nerek. W pierwszym przypadku pojawiają się wymioty, nudności oraz problemy z oddawaniem moczu. W drugim chorzy mają gorączkę, dreszcze. Czasem pojawiają się również nudności i wymioty. przepuklinę pachwinową - u pacjentów z przepukliną w pachwinie lub mosznie pojawia się dobrze wyczuwalny przez skórę guzek i to w jego obrębie skupiają się dolegliwości bólowe. Zobacz film i dowiedz się więcej o budowie układu pokarmowego: Zobacz film: Jak zbudowany jest układ pokarmowy? Źródło: 36,6 Jama brzuszna. Które narządy znajdują się po lewej stronie? Po lewej stronie brzucha znajdują się śledziona, żołądek, jelita. Ból w tej części ciała może sugerować: powiększenie śledziony - powiększenie narządu bardzo często pojawia się w przebiegu chorób zakaźnych, autoimmunologicznych, wątroby, czy zwykłego przeziębienia. Może także być skutkiem urazu. tętniaka aorty brzusznej - pulsujący ból, który promieniuje do pleców oraz krocza może sugerować tętniaka, taką dolegliwość trzeba jak najszybciej skonsultować z lekarzem. choroby jelit - ból po lewej stronie może się pojawić przy zapaleniu uchyłków jelita grubego. U osób z tym schorzeniem obserwuje się również nudności, gorączkę, dreszcze, biegunkę, zaparcia, a także zmianę zabarwienia stola. wrzody żołądka - jeśli wraz z bólem pojawia się uczucie pełności przyczyną problemu mogą być wrzody żołądka, zdarza się, że helicobacter pylori - bakteria odpowiedzialna za rozwój wrzodów - może wywołać niestrawność, a nawet zapalenie błony śluzowej żołądka. zapalenie przydatków - jeśli w raz z bólem pojawiają się cuchnące upławy, gorączka, nudności, wymioty, wzdęcia oraz ból po stosunku mogło dojść do zapalenia jajników. Czy artykuł okazał się pomocny?
Չըрок ቢυбቡгጭдοчИзጦр саψ
Яվε гሪνիሊиβ озвавաշонαΙζо ниψо мፍрለ
ኪկаմаζኽн ኒζոчէПοጬи оվаኜθктθ ժажሠ
Щишух йеዞаዮπ амεጦ պэцеразущ
Бխшιб еруβ иМаςሚղ б зէбаդωфукр
24 dni po drugiej stronie, książka wydana w 2022 roku. Latem 1994 roku w położonej 60 km od Wrocławia niewielkiej wsi Szklary, na terenie nieczynnej, poniemieckiej kopalni niklu wydarzyła się jedna z najbardziej niezwykłych ludzkich historii. Zaplanowana na godzinę lub dwie przygoda okazała się śmiertelną pułapką.
Pokój był jak każdy do tego celu - pięć na pięć metrów czystej bieli, bez najmniejszej skazy, dwa biurka o czarnych powierzchniach i głębokie, skórzane fotele. Oprócz tego surowy taboret i stół - duży, z grubymi, mocnymi nogami - w centralnym miejscu pomieszczenia. Pokoju tego używano bez ustanku i choć przewijało się tu tak wielu różnych ludzi o każdej porze doby, nigdy nie tracił swej świeżości. Był zawsze gotowy przyjmować nowych, przejściowych lokatorów. Ten "dzień" dla pracujących tu osób nie odznaczał się niczym szczególnym od "poprzedniego" i zapewne od "następnego" - pracy jak zwykle było sporo i trudno o chwilę wytchnienia. Powszedniość radosnych powitań, bolesnych rozczarowań i szeroko otwartych oczu ze zdumienia, na jednych wpływała otępiająco, dla innych była inspiracją do działania, a jeszcze inni traktowali wszystko jak źródło żmudnej powinności - roztrząsania cudzych problemów, do czego w rzeczywistości wszystko się sprowadzało. Monotonia ta nie miała jednak najmniejszego wpływu na właściwą umiejętność rozsądzania spraw i podejmowania decyzji. Każdą, najmniejszą nawet kontrowersję poddawano przenikliwemu badaniu obiektywnego sądu, który nie ustanawiał ostatecznego wyroku, gdyż absolutorium władzy należało od zawsze do kogoś innego. Było to jedynie wstępne określenie pozycji życiowego abiturienta przed ostatnią, Najwyższą Instancją decydującą o wszechrzeczy, dla ogólnej, szeroko rozumianej wygody. Pierwszy stał przez chwilę obok stołu. Patrzył na zarysowaną pod białym prześcieradłem sylwetkę, ułożoną tam na wznak już od kilku minut. Zastanawiał się, kiedy Drugi raczy nadejść, aby można było rozpocząć zwykłą procedurę powitania setnego już śmiertelnika tego dnia. Drugi spóźniał się z wyrachowaniem i tylko cierpliwości Pierwszego mógł zawdzięczać przestrzeganie protokołu. Niewidoczne drzwi otworzyły się bezszelestnie, ale nie trzeba było odwracać głowy, aby wiedzieć kogo ma się za plecami. Pierwszy z trudem znosił jego obecność, mimo że był skazany na obcowanie z Drugim odkąd zaczęto przyjmować takich, jak ten pod prześcieradłem. Mogli być przyjaciółmi, ale przedzieliła ich bariera odrębnych interesów. Pierwszy w ogóle nie cierpiał antagonizmów, lecz rzeczywistość narzucała się swoim brutalnym brakiem alternatywy. Nie miał innego wyjścia. Drugi rzucił coś na powitanie nie zrozumiale i z wrodzoną nonszalancją cisnął na swoje biurko pachnącą nowością skórzaną aktówkę. Strzelił palcami o chromowane zamki, które z głuchym trzaskiem uwolniły zawartość teczki - chronologiczne archiwum złych uczynków, błędów i spaczonych myśli, a także główne osiągnięcia Drugiego. Nie musiał się wysilać, aby to archiwum tu przynieść, ale było tego wystarczająco dużo, aby przeprowadzić poglądową lekcję na temat: Przeciętny grzesznik. Był zadowolony z siebie. Pierwszy spojrzał na wyraz twarzy Drugiego, przygotowanego do triumfalnego pochodu. Mieli przed sobą Przeciętnego. Sprawa jasna i trudna jednocześnie. Kiedy człowiek był wyrazistą osobowością, jego cechy oraz dokonania stwarzały prosty materiał dowodowy, który wyraźnie wskazywał za lub przeciw niemu. Oczywiście zdarzały się sporadyczne wyjątki, lecz i wtedy nie zajmowały one nazbyt wiele czasu. Przeciętność natomiast wymagała długotrwałego rozstrzygania wielu sporów, rozbieżności zdań oraz niejasności. Wywoływała wiele emocji i niepotrzebnych spięć. Drugi siedział w swoim fotelu z wyciągniętymi na blat biurka nogami. Noski jego butów zataczały w powietrzu półokręgi, a usta wygwizdywały jakąś melodię. Przeglądał jeszcze ostatnie strony akt. Emanował z niego dobry humor - jego dobry humor. Pierwszy westchnął - trzeba było zaczynać. Drugi podniósł na niego wzrok, rzucił dokument na blat tuż obok i kiwnął gładko przyczesaną głową. Byli gotowi. Pierwszy uchwycił rąbek sięgającego krawędzi stołu prześcieradła, tuż za głową leżącego człowieka i powoli dokładnie zaczął je składać. Najpierw odkrył samą twarz, później pierś, aż wreszcie, na końcu, nogi. Białą płachtę ułożył w równy kwadrat poniżej stóp. Przeciętny był sześćdziesięcioletnim mężczyzną o typowym wyglądzie państwowego urzędnika. Wysokie czoło, zaczesane do tyłu, lekko falowane, przyprószone siwizną włosy, prosty, niewielki nos z ciemnym wgnieceniem u jego nasady, wąskie usta - nic szczególnego. Dobrze odżywione ciało, o wzroście około 175 cm odziane było w piżamę o barwie błękitu nieba. Odebrano go w środku nocy, wprost z łóżka z jego własnego domu. Nerwowa praca, niespokojny tryb życia, zawał. Nadszedł ostateczny czas. - Proszę się obudzić - powiedział Pierwszy dotykając delikatnie wierzchu dłoni człowieka. Mężczyzna wziął głęboki oddech, potem drugi i naprężył się jak ktoś, kto chce się jeszcze przeciągnąć i ułożyć na drugim boku, zanim wibrujący dźwięk budzika dotrze do jego zaspanej świadomości. Pod przymkniętymi powiekami przez chwilę zatańczyły w poszukiwaniu swego właściwego miejsca błądzące źrenice. Przeciętny otworzył oczy. - Co się stało...? - zabrzmiał ledwo słyszalny, półprzytomny szept. Rozejrzał się wokół nie poznając miejsca. - Gdzie jestem? Okolone piwnymi tęczówkami źrenice spoczęły na śnieżnobiałej szacie Pierwszego, po czym utkwiły swe spojrzenie na jego spokojnej, budzącej zaufanie twarzy. - Jest pan lekarzem? - Nie jest lekarzem - odpowiedział jakby przepraszająco ktoś inny. - Ale faktem jest, że nastąpił zawał- przerwał dla spotęgowania niespodzianki - poważny zawał serca. - Zawał?! - spytał zdumiony, jakby coś do niego nie dotarło. Przymrużył oczy w wąskie szparki, zza których bacznie spojrzał na biały uniform i ekskluzywny garnitur właściciela głosu. - Kim wy jesteście do "jasnej anielki" - rozejrzał się dokładnie. - I co ja tu robię?! Był już gotów któremuś dołożyć, gdy w jego myślach pojawiła się mała iskierka. Delikatnie się uśmiechnął. - Kawał, tak? - spytał unosząc brwi. Przystojniak w drogim ubraniu spojrzał na niego takimi samymi, teraz szeroko otwartymi oczyma i wykrzywionymi, jakby w kpiarskim grymasie ustami. Potem zmarszczył czoło i nos, by w identycznym geście zaprzeczyć teorii kawału. - Y, y.... - wydukał z siebie zwięźle i pokręcił przecząco głową oraz wskazującym palcem. - Z-a-w-a-ł - wyartykułował powoli i dobitnie. - Czuję się zupełnie nieźle - odrzekł człowiek, argumentując to stukaniem zamkniętą dłonią w pierś tak, jak to robił w młodości poręczając każdą przysięgę. - Moja żona, nieprawdaż? - skrzywił się z niesmakiem. - Nie jestem taki głupi. - To był bez wątpienia właściwy trop. Postanowiła zabawić się jego kosztem za ostatni dowcip, który jej zrobił z nowym odkurzaczem. Powiedziała, że przepełnił czarę i teraz przyszła kolej na rewanż. - To nie jest żart - powiedział "lekarz", zupełnie nie siląc się na najdrobniejszy grymas. Człowiek zatrzymał wzrok na jego poważnej twarzy. Wyglądał zupełnie serio. Aż do przesady. Podniósł głowę jakby nagle zainteresował go sufit. - Wiem! - wykrzyknął klasnąwszy w dłonie. - Jesteście z ...- rozejrzał się dokładnie, jakby w poszukiwaniu czegoś schowanego - ...ukrytej kamery - wyszeptał konfidencjonalnie z wyraźnym poczuciem wygranej. - Żona coś mi dodała do kolacji i przywieźliście mnie do studia! To program telewizyjny, ha! Niezła scenografia - przytaknął z uznaniem. Czekał aż rzucą ręcznik na ring i się poddadzą. Nie mieli innego wyjścia. Elegant założył ręce, a Pierwszy wziął głęboki oddech. - To był prawdziwy zawał! - powiedział ponownie z powagą. - To naprawdę nie są żarty. Przeciętny zgubił swój uśmiech, zupełnie jak ktoś, kto dowiedział się o niezdanym egzaminie. - To się naprawdę wydarzyło... - Jesteś martwy, ale to nic takiego - wtrącił lekceważąco Drugi. Przeciętny uniósł się gwałtownie na łokciach i chciał coś powiedzieć, ale przez ściśnięte gardło nie mógł nic wydusić. Wymierzył jedynie wzrok w nienagannie wypielęgnowanego mężczyznę odzianego w elegancko skrojony szary, połyskujący garnitur, białą koszulę i granatowy krawat o drobnym, misternym wzorze. Niezwykle przystojna twarz Drugiego o ciemnych, bystrych oczach uśmiechała się delikatnie, ale była precyzyjnie pozbawiona najmniejszego wyrazu kpiny. To nie mogło tak być. - Nie lubię, kiedy się ze mnie żartuje - powiedział wreszcie Przeciętny, siadając na krawędzi stołu. - To niesmaczne, młody człowieku. Drugi wstał zza swojego biurka i podszedł do zgarbionej postaci, bezwładnie teraz kiwającej się w przód i w tył, jakby niezdecydowanej co zrobić... Zbliżył swoją twarz do twarzy Przeciętnego. - Jesteś martwy... zupełnie martwy! Sześćdziesięcioletnie ciało człowieka stężało. Nagle zaczęło się przed Przeciętnym rysować coś niekształtnego, obcego, przerażającego. Chciał się przed tym bronić, ale nie wiedział jak. Zupełnie nie rozumiał, co się stało, gdzie jest, kim są ci dwaj mężczyźni i jak z nimi rozmawiać. Był bezsilny. Jeżeli prawdą było to, co powiedział pierwszy z nich, a także to, co twierdził drugi - albo naprawdę już nie żył, albo... po prostu zwariował i ma halucynacje. - Wobec tego, kim pan jest? - spytał. - Twoim oskarżycielem - powiedział wesoło Drugi i dodał po cichu - albo przyjacielem. - A tamten obrońcą, czy tak? - Przeciętny skinął na Pierwszego i skrzywił się niedowierzająco. - Bronić będziesz sam siebie. Jeśli zdołasz... Drugi przysiadł obok, rozpiął marynarkę i wbił ręce w kieszenie spodni. Zaczęło się to, co lubił. - Chwileczkę... Każdy normalny sąd to sędzia, oskarżyciel i obrońca. Mam prawo do posiadania obrońcy! - Przeciętny stanął na równe nogi. - A tak w ogóle - to o co jestem oskarżony?! - Proszę się nie unosić - powiedział spokojnie Pierwszy. - To nie jest prawdziwy sąd. - Nie? Wobec tego, co to jest? Maskarada? - odgadł już ucieszony. - Nazwijmy to sobie: Pośmiertną Komisją Kwalifikacyjną - powiedział Drugi odkrywając w uśmiechu śnieżnobiałe zęby. - Nigdy nie słyszałem o czymś podobnym - odrzekł zaskoczony Przeciętny. - To jakaś paranoja. - A czy kiedykolwiek interesowałeś się tym, co spotka cię po śmierci? - spytał Drugi marszcząc nos. - Oczywiście, każdy myśli o śmierci... - Pytam, czy się tym interesowałeś? Myśleć można o wielu rzeczach, zupełnie nie przejawiając przy tym najmniejszego nimi zainteresowania. - Nie zrobiłem nigdy nic, za co mógłbym pójść do więzienia: nikogo nie zabiłem, nikomu nic nie ukradłem, byłem wierny swojej żonie. Dlaczego miałbym grzać lochy w piekle? Nawet, jeśli coś by się takiego znalazło, to jedynie na parę dni czyśćca. Jestem dobrym człowiekiem. Przeciętny był zadowolony z siebie. To było wyznanie w niezłym stylu. Nie miał się czego wstydzić, a tym bardziej - obawiać. - Taak... Byłeś "dobrym" człowiekiem - potwierdził sarkastycznie Drugi i znowu się uśmiechnął. - "Dobrym"... Przeciętny zrobił parę kroków do tyłu i z nieukrywanym gniewem podniósł zaciśniętą w pięść dłoń. - Znowu kpiny, młody człowieku, ze starszego wiekiem? Drugi rozłożył przepraszająco ręce. - Ależ skąd. Jakże bym śmiał - powiedział cicho. Przeciętny stał niemal na środku pokoju i patrzył nieprzytomnie to na Drugiego, to na Pierwszego. To wszystko zakrawało na gigantyczną kpinę, nocne urojenie albo obłęd. Na pewno zwariował. To było zbyt paranoiczne, aby w jakimkolwiek miejscu znalazł się skrawek prawdy. Zresztą - to miejsce - nie tak wyobrażał sobie niebo. Miały być piękne pejzaże, przestrzeń wypełniona światłem i powiewem szczęścia. Żadnej komisji kwalifikacyjnej. Owszem, spodziewał się powitania - świętych otwierających bramy niebios, zasłużonych krewnych, którzy zeszli ze świata przed nim, znajomych i ludzi, którzy żyli sprawiedliwie na przestrzeni dziejów. Nie lubił jednak zbytnio zainteresowania swoją osobą. To nie było w jego stylu. Rozejrzał się dookoła. Żadnych ozdób na ścianach, żadnych znaków, figurek. Tylko ten stół, z którego przed chwilą zszedł, taboret, biurka i dwaj faceci - jeden cały na biało, drugi w garniturze. Obaj gapili się na niego tak, jakby wiedzieli o czym myśli. Ten w garniturze znowu rechotał. Zaraz, a może oni rzeczywiście... Nie! To nie mogło tak być. - Przeciętny odganiał od siebie myśli które wydawały mu się być niedorzeczne. - Oni nie mogli słyszeć jego myśli. Nikt nie mógł, chyba, że był telepatą, albo... - ... kimś "nie z tego świata" - wtrącił na głos Drugi. Przeciętny podskoczył jak oparzony i z przerażeniem zająkał pod nosem: - Nie, to... nie może być prawda... to nie może tak być... Chciał stąd uciec. Nie ważne dokąd i jak. Chciał uciec. To nie mogła być prawda. Życie nie kończy się nie wiadomo kiedy i nie wiadomo jak. Życie nie jest pyłkiem na wietrze, ani mydlaną bańką, która przy lada przeszkodzie pęka. Nie mógł dać się oszukać i nie mógł się bać. Był dobrym człowiekiem. Chciał się obudzić, chciał żyć! - Proszę się uspokoić - powiedział łagodnie Pierwszy. - Nikt nie przywróci sobie życia. Porozmawiajmy... Przeciętny był rozdygotany. Zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, gniótł dłonie i wykręcał palce. Jego oczy szukały na czymś oparcia i zaciskał w bezsilnej złości usta. Czuł się jakby zaraz miał upaść. Zawał - pomyślał - to chyba ten zawał. Odszukał taboret i powoli ruszył w jego stronę. Bosymi stopami szurał po lśniącej, niczym wypolerowana glazura podłodze, w ogóle nie odczuwając najmniejszego chłodu. Może to było dziwne, a może nie. Nie wiedział. Nie potrafił już zdobyć się na odrobinę poczucia rzeczywistości. Była ponad nim, obok, albo z tyłu, ale zbyt odległa, by ją dosięgnąć i odczuć. Przez całe sześćdziesięcioletnie życie miał twarde poczucie realiów. Począwszy od dzieciństwa, krótkiego i mało radosnego, poprzez trudną młodość, aż po szorstką i bezbarwną dojrzałość. Nie potrafił popadać w rozrzewnienie, ani nigdy nie szukał ucieczki od siebie samego. Nie lubił tych, którzy całymi dniami zataczali się w upojeniu alkoholowym, a nawet jeśli zdarzyło mu się wypić co nieco za dużo, wstydził się stanąć przed lustrem przez dobrych kilka dni. Owszem - marzył, jak każdy - o lepszym życiu, o spokojnym domu, dobrej pracy, o pojednaniu z wrogami. Ale zawsze wiedział na ile go stać, co może rzeczywista siła człowieka, jego samozaparcie i rezygnacja z poślednich celów, którymi zadawalają się inni, zbyt słabi, aby je ominąć. Wiedział również, czego nie obejmował zasięg jego ramion i co oznaczało "za wszelką cenę", deptanie czyichś głów i własne porażki. Miał doświadczenie, którego nikt nie mógł podważyć, którego nikt nie miał prawa mu odebrać. Był zmęczony ciągłą walką o przetrwanie, o utrzymanie się na powierzchni. Był wyczerpany noszeniem kłębka własnych nerwów. W tej chwili odczuwał to szczególnie dotkliwie. - Dobrze, porozmawiajmy - powiedział cicho, siadając ciężko na taborecie. Pierwszy odetchnął z ulgą. Bardzo nie lubił krzyku, szamotaniny i chełpliwości. Zgiełk i hałas odpychały jego wrażliwość i spokój. Odpychały każdego, takiego jak on, który wędrował pośród ludzi. A przecież odrobina miłości może tak wiele. Tak bardzo wiele. Gdyby oni o tym pamiętali, świat byłby inny. Biedni ludzie swą zapalczywością skutecznie "mordowali" samych siebie. Drugi rozparł się w głębokim fotelu, splótł dłonie na brzuchu i wyciągnął nogi na blacie biurka. Machając noskami butów zakreślał w powietrzu półokręgi, tymczasowo bardziej skupiając uwagę na udoskonaleniu zabawy, niż na Przeciętnego, który rozbity ciągle siedział na taborecie. Nudziła go już przemowa Pierwszego, zanim jeszcze tamten zdążył cokolwiek powiedzieć. Znał wszystko od początku do końca. Kompletna stęchlizna o miłości, braterstwie, pomocy i współczuciu. To i tak nie miało większego znaczenia. Nawet jeśli udało się w paru miejscach swego życia zastosować te przestarzałe metody Przeciętnemu, to i tak nie skorzystał z Zasady Przetrwania, nie odebrał Daru. Wywody Pierwszego miały zatem charakter wyłącznie uświadamiający i to na jego niekorzyść. Drugi mógł być zatem spokojny. Rola oskarżyciela zawsze mu odpowiadała. Był to jego zawód, który podjął wprawdzie niejako z przymusu, ale z zawistną przyjemnością mógł w to zajęcie włożyć pełnię sił i całe serce. Kochał decydowanie o innych. Nie widział żadnego zajęcia o równie wielkim potencjale satysfakcji. Zaraz później były środki. Kuszenie i emocje. Im więcej nagromadzonych pierwszych i drugich, tym efektowniejsze zwycięstwo. Sparaliżować wolę i zgnieść jak robaka - to były cele, do których dążył za wszelką cenę. Kiedy Pierwszy zaczynał swoją tyradę o właściwym życiu, Drugi wykrzywiał wargi karykaturalnie komentując istotniejsze elementy mowy Pierwszego. Pierwszy starał się nie zwracać na to najmniejszej uwagi. - Powiedziałeś , że nikogo nie zabiłeś, nikomu nic nie ukradłeś i byłeś wierny swojej żonie. To zupełna prawda z ostatnich piętnastu lat życia. Ale my znamy całe sześćdziesiąt, od pierwszych do ostatnich sekund. Problem tkwi w tym, że wrogość, spór, zazdrość, gniew, knowania i waśnie równają się wszeteczeństwu, nieczystości, rozpuście, zabójstwu, pijaństwu, obżarstwu, bałwochwalstwu, czy czarom. Nie ma żadnej różnicy. - Ale... - Przeciętny był jakby zbity z tropu, chciał coś powiedzieć, lecz nie bardzo wiedział jak i od czego zacząć. Coś najwyraźniej błądziło po jego głowie, czego nie potrafił zidentyfikować i nazwać. - Myślisz, że to nie tak miało wyglądać, prawda? - Pierwszy patrzył przenikliwie w oczy Przeciętnego, które wyraźnie szkliły się pod naporem napływających łez. - Myślisz, że przecież nikt nie uprzedził, że to tak ważne... - Nikt tak o tym nie mówił... ja, zawsze starałem się wypełniać wszystko, czego ode mnie wymagano, o czym słyszałem od dzieciństwa, nigdy nie porzuciłem rodzinnych tradycji, jeden dzień tygodnia przeznaczałem na wyciszenie, kontemplację, poświęcałem czas, gdy inni szli do baru. Przecież... przecież... - Przeciętny zastanowił się nad czymś krótką chwilę - ja robiłem więcej niż wyznaczone minimum. Powinniście wiedzieć, ile razy wyznawałem, że robiłem źle, ile godzin spędziłem na słuchaniu kazań, ile razy pościłem, ile razy Sprawdźcie to. Przecież chodzi ofiary. Nigdy nie skąpiłem na biednych i duchownych. To wszystko musi gdzieś być zapisane, schowane, poszukajcie dobrze. Drugi kołysał się w swym głębokim fotelu i z ukontentowaniem założył obie dłonie za głowę. Był uszczęśliwiony - Przeciętny panicznie usiłował się usprawiedliwić. - Czy zawsze pamiętałeś, jaki jesteś, człowieku? - spytał mrużąc oczy. - Tak... czasami przypominało ci się, że coś jest nie tak. Sumienie, to paskudny wynalazek, ale od czego jest zła pamięć? No, pewnie - zawiesił głos wyczekująco i sam sobie odpowiedział - od zapominania. Lepiej było o wszystkim zapomnieć, przecież i tak nigdy nie mogłeś być doskonały. Doskonałość dla człowieka, to przecież utopijna bajka, nieprawdaż? Coś źle robić? Przecież każdemu się to zdarzało, nawet prymusom, czyż nie tak? Ważniejsze jest to, by zrobić coś dobrze. Im więcej, tym lepiej. Z Przykazań najlepsze są te, które nie są zbyt trudne. A że ludzie lubią sobie ułatwiać życie, więc i ja lubię im w tym pomagać. W końcu pomoc, to dobry uczynek - Drugi zarechotał z zadowolenia - pomagałem im wymyślać udogodnienia. A było sporo czasu. Im więcej, tym mniej pamiętali, jak to było na początku tych pierwszych dni, kiedy niektórym zaczęło coś wychodzić. To ci dopiero było, kiedy wpadali na pomysły przykazań specjalnych, specjalistycznych i pomocniczych. W końcu zapomnieli, o co w tym wszystkim chodzi. No bo, po co im wiedzieć o Zasadzie Przetrwania i o Darze? Po co? - Drugi wzruszył z udawaną obojętnością ramionami. - Tych, którzy dali się na to nabrać było już i tak zbyt wielu. Przeciętny spoglądał nieobecnym wzrokiem na mężczyznę w eleganckim garniturze i czuł, jak ściska go coś w gardle. O czym on mówił? - myślał - o czym on mówił...? To jakieś brednie mające tylko pozór logicznej ciągłości. Za kogo ten facet się uważał? Kogo reprezentował? Dlaczego był tak pewny siebie? Z całą pewnością usiłował go zastraszyć... I robił to wyjątkowo dobrze, robił to skutecznie... - Proszę sobie przypomnieć - wtrącił się Pierwszy, swym łagodnym głosem wprowadzając odrobinę spokoju - czy były w twoim życiu chwile, kiedy odczuwałeś dziwne wewnętrzne niepokoje, które wiązały się, być może z jakimiś faktami, być może wydarzeniami? - Nie wiem... - Przeciętny wbił w zamyśleniu wzrok w podłogę i w myślowym zamieszaniu z największym trudem próbował się skoncentrować. - Może czyjeś wystąpienie lub publikacja... - Pierwszy próbował mu pomóc. Przeciętny milczał, ale wytężał pamięć wertując ostatnie lata i wciąż cofając się w tył, ku swej młodości. - Piętnaście lat temu... - twarz Pierwszego nabrała wyrazu oczekiwania. - Piętnaście... - wyszeptał Przeciętny, płochliwie, na ułamek sekundy podniósłszy oczy. - To było dawno... - Co się wtedy stało? - spytał Pierwszy w najmniejszej cząstce nie koloryzując pytania żadnym wyrzutem. - Tak... Ktoś wtedy śpiewał... na ulicy... i coś mówił... Nie, ktoś inny mówił... - Przeciętny marszczył z wysiłku czoło, wciąż kojarząc dawno przebrzmiałe słowa. - O czym? - Pierwszy nie rezygnował z pytań. - Że można wszystko inaczej, że można żyć inaczej... być spokojnym... być pewnym... - Daj spokój! - niemalże zaskrzeczał Drugi. Pierwszy nie odezwał się, ale wyraz jego wzroku powstrzymał dalszy komentarz Drugiego. Przeciętny zaniemówił. Mięśnie jego twarzy w napięciu lekko drżały, przez na wpół uchylone usta ciężko wciągał powietrze, a oczy nabrały nieobecnego wyrazu. Z pamięci powoli wyłaniał się obraz tamtego spotkania - uśmiechniętych i skupionych jednocześnie kilku ludzi, stojących gdzieś w ruchliwym punkcie miasta w nieregularnym półkolu. Wokół nich zebrany niewielki tłum gapiów, z których nieliczni słuchali w rzeczywistym skupieniu tego, co tamci mieli do zaoferowania. Przechodził tamtędy przypadkiem. Jak nigdy zapuścił się w tamte rejony miasta o tej porze dnia. Bardzo nie lubił zgiełku przepełnionych w godzinach szczytu ulic. Jeśli gdzieś wybierał się na zakupy, było to zawsze w godzinach późno popołudniowych. Tym razem zmusiły go okoliczności. Zupełnie zapomniał o urodzinach swej własnej żony. Wiedział, że ona nie darowałaby mu na długie tygodnie takiej niepamięci. Kiedy usłyszał gdzieś z przodu dobiegający go odgłos gitar i śpiewu, nie zdążył jeszcze natknąć się na nic godnego uwagi. Nie miał zamiaru zatrzymywać się choćby na chwilę, gdyż czas upływał niezwykle szybko, a solenizantka niedługo miała wrócić do domu, ale śpiew i muzyka nagle ucichły i rozległ się przyjemny, ciepły głos nawołujący przechodniów do zatrzymania. Podszedł zatem bliżej i przystanął. Obok niego zebrało się jeszcze kilkoro żądnych sensacji młodzieńców i dzieci oraz starszych, równie zaciekawionych niecodzienną sytuacją ludzi. - To była tylko nic nie znacząca paplanina - Drugi nerwowo przerzucił kilka zapisanych drobnym drukiem stron maszynopisu z jednego miejsca biurka na inne. - Takiego, nic nie wnoszącego gadulstwa na świecie jest pełno, aż do znudzenia. - O czym mówił ten człowiek? - spytał Pierwszy, całym sobą odgradzając Drugiego od głęboko myślącego Przeciętnego. - Pytał oto, co jest najważniejsze w życiu... - oczy Przeciętnego błyszczały od napływających łez. - I...? - Pierwszy pytał dalej. - I pomyślał, że pieniądze! Tu to mam, o! - Drugi zamachał w powietrzu jedną z kredowych kartek. - ... A potem sobie dodał, że jeszcze dobrzy ludzie... - uzupełnił ironicznie, wychylając się zza pleców Pierwszego. Przeciętny skurczył się w sobie. On wiedział wszystko. Zaczynał rozumieć, że ten facet, czy kim on był, chodził za nim wszędzie i wszystkiego słuchał. Słuchał jego myśli przez całe życie. - Lubiłem cię - wyszeptał pieszczotliwie Drugi tak, by Przeciętny mógł go dosłyszeć, krzywiąc usta w niby uśmiechu. - Byłeś troszeczkę taki, jak ja... - Tak, nauczyłem się, że pieniądze decydują o codzienności. Wszystko dookoła wymagało pieniędzy. Żeby przeżyć jakoś miesiąc po miesiącu, trzeba było pieniędzy. I dopiero kiedy miało się ich wystarczająco dużo, można było myśleć o czymś innym... - Przeciętnemu drżał głos. Był rozdrażniony napastliwością eleganta w garniturku. Czuł się jak leżący, który kopany usiłuje odgryźć nogę napastnikowi. Odszukał wzrokiem oczy Drugiego i mówił dalej - ... dobrzy ludzie są niezbędni, by nie zwariować od agresji przeciw wszystkiemu i wszystkim w tym świecie. - Przyjaciół poznaje się w biedzie, tak? - Drugi znów chciał się zaśmiać, ale niespodziewanie zrezygnował i zmienił wyraz twarzy. Wydawał się być pełen zrozumienia. - Tak, to pomaga... Kiedy jest mi źle, idę zobaczyć, co dzieje się u złodziejaszków, narkomanów, chłopczyków bijących małe dziewczynki i takich jak ty. Od razu można poczuć się jak należy. - Martwi czują inaczej - zripostował Pierwszy z delikatnym uśmiechem. Nie lubił, kiedy ktoś wtrąca się nieproszony w rozmowę. - Proszę dalej - kiwnął zachęcająco głową. - Pomyślałem potem... - Przeciętny znów zawiesił głos - że oni są nie z tego świata, że nic chyba nie wiedzą o życiu. Wyglądali na jeszcze jednych fanatyków jakiejś, nie mającej realnego odniesienia w życiu idei. Nie miałem czasu na nowe hobby, poszedłem dalej, musiałem kupić prezent dla żony... Dali jeszcze jakąś broszurkę, ale wyrzuciłem. - No, proszę! - zaszczebiotał z radością Drugi. - I co?! Ciągle był zajęty - od pierwszej klasy podstawówki po swój zawał. Nawet kiedy daliście mu szansę; nie skorzystał z niej, bo musiał kupić prezent. Obok waszego podarku przeszedł bez zmrużenia oka. Słabo się staraliście, kolego, i tyle. Doskonałość wam rdzewieje! - Jesteś odważny - odparł Pierwszy - ale głupio odważny, kiedy myślisz, że tobie coś się udało. Nawet gdybyśmy popełnili błąd, nic ci on nie pomoże. Wciąż masz złe poczucie rzeczywistości, szczególnie swojej własnej rzeczywistości i gubisz nią innych, nic nie mogąc zrobić dla siebie. Nawet twoja inteligencja jest bezużyteczna i służy jedynie do produkcji złudzeń. Niestety - na zbyt szeroką skalę! Przeciętny siedział przez chwilę zupełnie nie wiedząc, co myśleć. Spoglądał to na jednego, to na drugiego. Mógł spodziewać się jakiejś nagłej eksplozji agresji ze strony Drugiego, ale tamten tylko zmienił wyraz twarzy. Przestał robić wrażenie wiecznego kpiarza i ze skupieniem wpatrywał się w Pierwszego - jego oczy i lśniąco białe ubranie. - A ty myślisz, że kim jesteś? - spytał powoli cedząc słowa. - Czym się różnisz od sterowanej kukiełki, pajacyka gotowego na każdy kaprys lalkarza? Robisz to, co musisz i nie masz nic do powiedzenia. - Nie wysilaj się - odpowiedział z zupełnym spokojem Pierwszy. - Tutaj kłamstwa nie są modne. Możesz złamać sobie nogę nawet na tym, co myślisz. Nie masz nic wspólnego z prawdą i nikogo tutaj już nie oszukasz - ani mnie, ani jego... - kiwnął palcem na człowieka. Przeciętny patrzył przez chwilę na wymierzoną w niego dłoń Pierwszego i poczuł się po raz kolejny dziwnie i nieswojo. Cała ta sceneria napawała go dreszczami. Nieoczekiwanie stał się świadkiem słownej przepychanki między dwoma przesłuchującymi go sędziami. Jednego - tego w drogim garniturze - z całą pewnością miał przeciw sobie. Tego drugiego nie potrafił wyraźnie sklasyfikować. Wciąż przepytywał go doszukując się konkretnych szczegółów z przeszłości. Z całą pewnością dążył do czegoś, co miało niezmiernie ważne znaczenie w całej tej kuriozalnej sprawie. Jednak jaki był cel końcowy? O czym obaj mogli decydować? Do czego doprowadzić? Co mogło stać się jeszcze z nim samym? Wciąż nie rozumiał, dlaczego to się dzieje. Nie rozumiał swojej śmierci i tego, że teraz widzi, czuje i myśli. Pamiętał, co ludzie mówili o śmierci - jak się jej panicznie bali, robiąc wszystko, aby odwlec ją gdzieś w nieskończoność. Innym była ona obojętna jak smak ginących w zupie poszczególnych przypraw, twierdząc, że co ma przyjść - przyjdzie. Ale pamiętał i takich, którzy ze spokojem i jakby radością mówili o odejściu ze świata gdzieś, gdzie jest lepiej... Takich było niewielu i większość traktowała ich z przymrużeniem oka lub wręcz z politowaniem. Normą było życie dniem dzisiejszym, który obejmował bardzo ograniczoną cząstkę przyszłości, przede wszystkim ze względów ekonomicznych. Śmierć? Owszem - była wszechobecna w masmediach, które z uporem maniaka informowały o wojnach, kataklizmach i wypadkach, w których ginęły setki ludzi, ale każdy zbiegiem czasu przyjmował to jak zmianę pogody na drugiej półkuli. Obojętność chwiała się jedynie wtedy, gdy życie tracił ktoś z bliskich lub znajomych, albo też przypadkowo było się świadkiem jakiegoś tragicznego wydarzenia. Jednakże i wtedy naturalnym biegiem rzeczy było zapomnieć o tym jak najszybciej, uciec w marzenia lub zapełnić swój czas zajęciami zmuszającymi do ignorowania wspomnień. Jedynie nieliczni zagłębiali się w kontemplacje nad celem i kresem istnienia. Przecież zawsze było tyle ważniejszych, nie cierpiących zwłoki problemów do rozwiązania. A co po śmierci? Nic, albo - jakoś to będzie... Znakomita większość nie była wcale taka zła - nie mordowali, kradli jak wszyscy, byli raczej wierni swoim małżonkom, wypełniali wytrwale obowiązki i mieli odpowiednie dokumenty religijnej przynależności. Wszyscy przecież i tak nie mogli pójść do piekła, jeśli w ogóle coś takiego istniało. Każdy myślał, że ten Główny Sędzia jest na tyle miłościwy, łaskawy i pobłażliwy, że da właściwy certyfikat i pozwoli korzystać ze swojego rajskiego ogrodu. Tam przecież nie mogło zabraknąć miejsca. Pozostała reszta narodu wszystkie religie uważała za absurd i wytwór najniższego instynktu, jakim jest strach. Człowiek był w końcu dla nich produktem ewolucji, albo efektem eksperymentów właścicieli latających talerzy. Co się mogło stać po śmierci, jeśli człowiek traci świadomość przy zwykłym omdleniu? Każda z tych teorii wydawała się mieć swoje plusy i minusy, i żadna z nich nie miała namacalnych dowodów. Wszystkie dowody pośrednie wymagały dodatkowego aspektu - wiary. Należało uwierzyć którejś z bogatego grona hipotez lub stworzyć na swój użytek własną, która dawała jak największy komfort psychiczny lub korzyści innego rodzaju, z materialnymi włącznie. Jednakże istniało coś, jakiś stan rzeczy, obiektywna rzeczywistość niewrażliwa na wszelkie dociekania, w której bezwzględnie każdy człowiek miał się znaleźć. Mogła to być nicość lub... Pośmiertna Komisja Kwalifikacyjna. Przeciętny znów wyrwał się z plątaniny dociekań, kiedy Pierwszy lekko trącił go przechadzając się po wolnej od sprzętów części pokoju. Zapanowała drażliwa cisza, w której gubiły się nawet kroki ograniczonego ścianami spacerowicza. Drugi siedział wciśnięty w swój głęboki skórzany fotel i z dziwnym zacięciem na twarzy szukał własnego odbicia w wypolerowanych do granic przyzwoitości butach - ostentacyjnie wystawił je ponad blat biurka, wyciągając na całą długość zmęczone bezczynnością nogi. Irytacja Pierwszym sięgała w nim zenitu. Nie znosił, kiedy wytykano mu kłamstwa, nie cierpiał, gdy ktokolwiek dyskredytował jego osobę. Jego dążeniem było tworzenie i odbieranie szacunku należnego twórcy. A marzył o dziełach wielkich, o czymś, co byłoby jego chwałą i chlubą, co służyłoby mu i oddawało wyraz piękna i mądrości, których sam był żywym przykładem. Tacy jak Pierwszy nieustannie niweczyli misternie układane plany budowli, które miały posłużyć wielkiemu dziełu zmian, jakie chciał wprowadzić w wadliwy system ludzkiego świata. Plątali się gdzieś tacy Pierwsi, gdzie być ich nie powinno i dziwnymi zbiegami okoliczności natrafiali na miejsca wyjątkowo ważne strategicznie. Wtrącali się w działania Drugiego, knuli przeciw niemu, od kiedy zdecydował się na dorosłość i samodzielność. Zastawiali pułapki, by krzyżować realizację wszystkiego, co postanowił. Ale to dodawało mu tylko sił. Inspirowało do większych i bardziej ambitnych dzieł, pobudzało do walki i znosiło wszelkie zahamowania. Odczuwał wspaniałą wolność wobec środków i metod. Uwielbiał emocje każdej rywalizacji i fascynowała go obserwacja skutków wymyślnych eksperymentów. Wkładanie kija w mrowisko było ciekawym zajęciem, ale połączenie dwóch wrogich mrowisk jednym kijem, dawało o wiele większą satysfakcję. To właśnie było twórcze. Rozniecany ogień trawił, ale skutecznie dawał miejsce czemuś nowemu, gwarantował przemiany, stwarzał możliwości. Z dziecięcą radością układał mozaikowe klocki czyjegoś życia, aby później, z wyrachowaniem sięgającym bezwzględności burzyć je, obserwując z ironicznym uśmiechem kolejny ludzki dramat. Sprawiało mu to prawdziwe zadowolenie. Uwielbiał prześcigać się w pomysłach. Im trudniejsza do ułożenia mozaika, tym większą miał radość przy jej burzeniu. Czyjeś łzy i ból były pożądanym uzupełnieniem całości, choć również nie gardził satysfakcją udanej zemsty, czy nawet szczęściem zaspokojonych marzeń i pożądliwości. I temu poświęcał swój czas. Było to hobby warte czasu i sił. Przynosiło oczekiwane efekty, jeśli tylko skierował właściwe środki, we właściwym opakowaniu, pod właściwy adres, a i nierzadko liczyły się sekundy. Nigdy nie należało się spóźniać, aby nie narażać na zupełnie niepotrzebne straty. Wszyscy z tych, którzy chodzili po ziemi, posiadali w sobie pragnienia, z niezwykłą łatwością dające się kształtować w narastające pożądliwości, które budowane z właściwą dokładnością i konsekwencją, potrafiły przybierać formy złośliwych wirusów zazdrości, kłamstw, kradzieży, a nawet morderstw. Dla Drugiego nie miało już znaczenia, jakie szczególne skutki wywoływały jego działania. Jednoznacznie określony był cel, a to, że ktoś kradł lub zabijał nie było tak istotne. To tylko środki do osiągnięcia celu. Meta jego biegu znajdowała się gdzieś o wiele dalej i głębiej. Pragnął tego, aby każdy był podobny do niego. Nie wahał się w dawaniu ofert. Przecież wszystko, co błyszczało, co nosiło w sobie znamiona bogactwa i splendoru, należało do niego. Mógł zaoferować wszystko, czego ludzie potrzebowali, co nęciło ich ambicje i ukryte gdzieś głęboko pragnienia. Mógł dać pieniądze, pozycję społeczną, władzę, siłę i sławę. Czego tylko pragnęli w swoich egoistycznych sercach. Był szczodry i hojny. I nie lubił granic. Ciszę przerwał Pierwszy. - Dobrze, wróćmy do faktów. Czy później spotkałeś się jeszcze z kimś podobnym? Z człowiekiem, który niósł w sobie coś innego - odmienny styl myślenia, postrzegania świata i otaczających go ludzi? Przeciętny kolejny raz z wysiłkiem zmuszał się do myślenia, wertował pożółkłe strony swej pamięci w poszukiwaniu tak szczególnych wspomnień, wydarzeń do których wtedy, gdy miały miejsce, nie przywiązywał tak wielkiej uwagi. Gdyby wtedy zdawał sobie sprawę z istoty tak poważnego problemu jakim jest wieczność... Nigdy o niej nie myślał tak, by wyciągnąć z tego jakieś konkluzje, wnioski ważkie dla teraźniejszości, w której przebywał. Wieczność zawsze go przerastała, była zbyt odległa, by traktować ją poważnie. Słuchał tych, którzy mówili, że żyje się raz i przyjmował to do wiadomości. Ot, tak zwyczajnie na tym pozostawał i nie pomyślał, że żyć może się raz, ale za to wiecznie... Teraz ta wieczność, o której nie myślał, stała przed nim otworem. Stała się nieogarniętą czeluścią bez końca, z nieprzeniknioną mgłą niewiadomej. Z podświadomości coraz wyraźniej wyrywał się jęk przerażenia, że wszystko już zdecydowane, że rozstrzygnął swoją przyszłość w przeszłości, którą przemierzał już tylko po to, by być świadomym tego, co zaprzepaścił, obok czego przeszedł obojętnie i co było mu oferowane na wyciągnięcie ręki... Teraz człowiek... Tak, był człowiek o dziwnym zachowaniu, o sposobie mówienia, tak rzadkim, tak nie pasujący do zabieganego, zbłąkanego świata. Był cichy i spokojny, zbyt pogodny i serdeczny, by się ukryć w tłumie sklepowych klientów, biurowych petentów i kibiców rozkrzyczanych stadionów. Nie przystawał do miary zwykłego, szarego człowieka. Emanowała z niego równocześnie prosta stanowczość, wobec każdej siły, która burzyła życie, tryskające gdzieś w jego wnętrzu, jak źródło wypływające i szukające koryta, by stać się szeroko rozlaną rzeką. Jechali w jednym przedziale ekspresowego pociągu ledwie kilka lat temu. Wraz z żoną wyszukali w rozkładzie nocny kurs, by uniknąć uciążliwości długiej podróży w samym środku gorącego lata. O dziwo, tego dnia większość pasażerów na tej trasie wybrała inne godziny, więc nie narzekali na tłok w wagonie. Dopiero po minięciu kilku stacji dosiadł się do ich przedziału ten niemłody już człowiek o rysach typowych dla wielu południowców. Grzecznie przywitał się, spytał o wolne miejsce i ulokował się tuż obok przesuwanych drzwi tak, by mieć wgląd na korytarz zza na wpół zasuniętej zasłonki. Przez całą podróż opierał się ramieniem na niewielkim, skórzanym plecaku, o wyraźnych śladach licznych podróży. Z jego ust nie znikał delikatny, niewymuszony uśmiech. Sprawiał wrażenie, jakby śmiał się tak całe życie i wraz z "kurzymi łapkami" w kącikach pogodnych oczu oraz przydającymi szlachetności jego twarzy zmarszczkami i siwymi już włosami, wyglądał niezwykle sympatycznie, budząc natychmiastowe niemal zaufanie. Przeciętny pamiętał, że zadziwiła go wtedy miękkość z jaką się poruszał, trochę nienaturalnie wobec lat, które musiał już mieć za sobą. Przez chwilę przypatrywał się mu , gdy tamten siedział z zamkniętymi oczyma. Początkowo myślał, że ich współpasażer zasnął, ale co jakiś czas robił wyraźne, łagodne ukłony komuś, kogo naprzeciw niego nie było. Zwrócił na to uwagę żony, ale tylko wzruszyła ramionami i wróciła do czytania romansu. Już chciał go spytać, czy nie przeszkadza mu w zaśnięciu światło, gdy tamten ze swego plecaka wyciągnął grubą, oprawioną w skórę książkę i zatopił się w niej tak samo gorliwie, jak jego żona w opowieści romansowe. Godzinę później Przeciętny z lekkim zażenowaniem stwierdził, że ich dziwny współpasażer z niezmiennym uśmiechem na twarzy wpatruje się wprost w niego. Sytuacja stawała się niezręczna, ale nie zdążył zadać pytania, o co chodzi. - Przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałem... - swój ciepły głos zawiesił na ułamek sekundy, jakby był jeszcze niezdecydowany, co wybrać, co powiedzieć, od czego zacząć - ... chciałem, jeśli można , spytać o coś... Przeciętny pamiętał ciepły ton jego głosu, pełen szacunku, jakby trochę nieśmiały, niosący jednak w sobie nutkę zagadkowej zaczepki. Poprawił się w fotelu, niechcący szturchając żonę, która wreszcie oderwała się od swojej powieści-rzeki. - Tak? - Wielu ludzi, jeśli nie wszyscy, ciągle się gdzieś śpieszy: rano szybko się myją, czeszą, jedzą, pędzą do metra i autobusu, żeby nie spóźnić się do pracy. Potem chcą być jak najszybciej w domu, robią zakupy ciągle biegając od sklepu do sklepu. I mam wrażenie, że nigdy na nic nie mają czasu... Czy zastanawiali się państwo, co jest na końcu tego całego zamieszania? Potem doszło do krótkiej wymiany zdań o różnych punktach widzenia życia, o umiejętności wykorzystania czasu i o tym, że taki już jest ten świat. Jednakże i wtedy nic w jego sposobie myślenia się nie zmieniło. Wydawało mu się, że wszystko, o czym ten miły podróżnik chciał powiedzieć, znał i rozumiał. Częściowo, być może, w nieco innej formie, co wszakże nie zmieniało sedna sprawy. Zawsze przecież doceniał konieczność wyhamowania, pewnej retrospekcji wobec własnych dokonań, bilansu udanych i zmarnowanych zamierzeń, a także konstruktywnego patrzenia w przyszłość... Jednak teraz - będąc tu, gdzie jest - nie miał najmniejszych wątpliwości, że ta ,,przyszłość" była zbyt skrupulatnie ograniczana. Każdemu łatwiej dokonywać remanentów przeszłości, niż przewidywać nieznane. Istnieje wyraźna różnica pomiędzy wzruszeniem ramionami a próbą dojścia do czegokolwiek, nawet poprzez wariacje nad najbardziej zdumiewającymi hipotezami. Gdyby ktoś kiedyś nie spróbował włączyć czegoś w obwód elektryczny, z całą pewnością świat wyglądałby zupełnie inaczej. Myślenie zawsze było inspiracją wynalazków i w ten sposób stworzono wszystko, co znane. A i to, co nieznane czekało na swojego myśliciela i odkrywcę. Problemem Przeciętnego było to, że nie pomyślał wtedy w przedziale, do czego tak właściwie zmierza jego własne życie. Wstał i spojrzał wyczekująco na Pierwszego. Jego spokojne, choć jakby nieco zatroskane oczy, bacznie go obserwowały. Na Drugiego nie miał ochoty zwracać uwagi, ale czuł na całym sobie przeraźliwe dreszcze, kiedy tylko o nim myślał, nie mówiąc już o tym, gdy słyszał jego głos. Teraz jego wróg - Drugi - przerzucał jakieś kartki papieru na swoim biurku. Skrupulatność godna biurokratycznych szaleńców. Tej cechy nie cierpiał u tych, którym był coś winien, a Drugi był bliski zmaltretowania jego psychiki. Zupełnie nie potrafił się przed tym kimś bronić. Jedynym ratunkiem stał się dla niego Pierwszy, dla którego zagrywki Drugiego najwyraźniej nie kryły żadnych tajemnic. Tak do końca ciągle nie rozumiał, do czego Pierwszy dąży. Jakie są jego zamierzenia i dlaczego nie jest tak jednoznaczny, jak Drugi. Z całą pewnością jednak odczuwał, że go potrzebuje. Tak, jak potrzebuje się przyjaciela, sprzymierzeńca przeciw wrogom, ale i kogoś, kto mógłby wysłuchać najgłębszego żalu. Pierwszy uśmiechnął się delikatnie. Przeciętny przetarł czubkami palców oczy, jak ktoś, kto właśnie wstaje z łóżka i chce lepiej przyjrzeć się wskazówkom zegara , tykającego cicho gdzieś po drugiej stronie pokoju. Czuł się jak po ciężkiej nieprzespanej nocy. Zresztą, zupełnie zgubił gdzieś rachubę czasu, co w obecnych warunkach nie miało już absolutnie żadnego znaczenia. Znów chciał uciekać. Czuł w sobie narastające paniczne pragnienie obudzenia się. Gdyby w tym pokoju znajdowało się choć jedno, maleńkie okienko, z całą pewnością przez nie próbowałby wyskoczyć. Białe ściany nie miały jednak najdrobniejszego zarysowania, nic, co można uznać jako drzwi - stąd po prostu nie było wyjścia i tylko ci dwaj dziwacy pojmowali całość tej paradoksalnej sytuacji. Teraz wszyscy milczeli, jakby pozostawiając czas na przemyślenia, ale w gruncie rzeczy dla Przeciętnego stawało się to coraz trudniejsze. Wyczerpywały mu się akumulatory zasilające komórki pamięci. Kątem oka spostrzegł wstającego zza biurka Drugiego i natychmiast przeszyły go dreszcze, niczym przebiegające w szaleńczym wyścigu po całym ciele tysiące mrówek. Na twarzy Drugiego znów gościł paskudny uśmieszek. Przeciętny rozumiał, że nie ma ucieczki przed egzekucją, jeśli nie stanie na drodze Drugiego siła przynajmniej, jemu równa. - Miałeś czas, miałeś zbyt wiele czasu, by skorzystać z siły, która pozwoliłaby ci uciec. Ale po co było uciekać, prawda? Nic ci nie groziło, nikt cię nie straszył, nie byłeś przesiąknięty złem jak inni, nie dawałeś powodu do bluźnierstw i kpin, nie wychylałeś się w prawo, ani w lewo. Schowałeś się w tłumie zachowując własną tożsamość dla siebie samego i nikt nie był wstanie wyprzeć cię z twojego mocnego stanowiska. Wiedziałeś którędy powinno podążać życie i oczywiście stworzyłeś swój własny kodeks moralny, który był dla ciebie i twoich bliskich prawem świętych nakazów i przywilejów. Nie chciałeś zabijać, kraść i cudzołożyć, a drobne wpadki zrzucałeś na barki ludzkiej słabości. Pięknie przestrzegając rygorów sekretu, szeptałeś je komuś do ucha, żeby potem poczuć się po raz setny, tysięczny, wolnym jak ptak. I co? Aż do następnego razu, kiedy nie upilnowałeś własnych pragnień, ukrytych pożądliwości, z którymi - tak naprawdę - nie wiedziałeś nigdy, co zrobić. Zdawałeś sobie sprawę, że nie wszystkie są dobre, bo ktoś tak twierdził, ale nie byłeś przekonany, że wywołują prawdziwe zło, bo byli i tacy, dla których nie stanowiły problemu, a wręcz dawały powód do chluby! Twoja pewność siebie była zlepkiem błąkających się tu i ówdzie pozorów, których potrafiłeś łapać się jak gimnastyk drążków i przy odrobinie fantazji tworzyć układy pięknych figur. Chciałbyś się teraz czegoś uchwycić, ale przez długie lata taką właśnie budowałeś sobie rzeczywistość. Rzeczywistość, która nic nie pozostawiła ci na teraz... A ja? Odniosłem sukces. Wiesz dlaczego? Bo nie uwierzyłeś! Nie uwierzyłeś ani we mnie, ani w Tego, który dawał ci ratunek... - Drugi stał tuż przy prawym boku skurczonego w sobie, przygarbionego Przeciętnego i ostatnie słowa wyszeptał wprost w jego ucho - ... i przegrałeś. Przeciętny drżał na całym ciele, podświadomie szukając jakiegoś oparcia dla tego, co jeszcze z niego pozostało. Przecież nigdy nie wątpił... Całe życie, od kiedy stał się świadomym rzeczy, od kiedy nauczono go pierwszych dziecinnych modlitw, wierzył... i nie śmiał poddawać w wątpliwość oczywistych faktów. Z trudnością spojrzał na Pierwszego. Jego smutne, jakby pełne boleści oczy uważnie wpatrywały się gdzieś w głąb jego duszy, gdzie pytał o swoją wiarę - tak oczywistą, absolutnie nie kwestionującą istnienia Kogoś, kto był ponad wszystko, kto nad wszystkim panował i do którego wszystko należało... Dlaczego jego wiara miałaby być zwykłą tandetą, sprzedawaną na bazarach za bezcen? Dlaczego miało nie mieć znaczenia to wszystko, co robił z taką wytrwałością przez długie lata, kiedy inni wciągani byli w chaos zmieniających się jak w kalejdoskopie ideologii? To przecież właśnie on pielęgnował piękne tradycje swoich dziadków, rodziców i dał co najlepsze własnym dzieciom: wiarę przodków. Nie rozumiał, jak mogło się to stać, by dziesiątki, jeśli nie setki lat, nagle traciły na swej wartości... - Czy... czy to wszystko... - słowa z trudem wydobywały się z ust Przeciętnego - ... co robiłem, w co wierzyłem, nie ma... najmniejszego znaczenia...? - Oczy Przeciętnego zamarły wpatrzone w zatroskaną twarz Pierwszego, który stał przy swoim biurku i pochylony nad blatem przypatrywał się leżącej tam, jednej jedynej rzeczy - grubej, oprawionej w inkrustowaną skórę książce. - Napisane jest... - głos Pierwszego był łagodny i stanowczy jednocześnie, taki, w którym nie było nic z władczości, ale i tolerancji wobec sprzeciwu - "... Dobrze czynisz; demony również wierzą i drżą..." Jednak prawdziwa wiara jest ufnością, wobec rzeczy, których nie widać, a które są obiecane. Prawdziwa wiara jest nadzieją, ożywiającą zagubione gdzieś i obumarłe marzenia o życiu pięknym. Wiara to ufność, że Słowo, które Ktoś wypowiedział jest prawdą i nadzieją w jego wypełnienie. Wiara nie jest suchym uznaniem zaistniałych faktów, to zwykle ignorancja zabija ich dalsze następstwa. Nie można jej sprzedać, ani podarować - ona musi się narodzić, gdzieś wewnątrz, głęboko, jak nasiono w glebie, karmione i pojone wypuszcza korzenie, a później łodygę, liście i piękne kwiaty. O ich owoc właśnie chodzi - wiarę dającą owoc, z którego można by nakarmić kogoś spragnionego. Wiara to ufność pozwalająca na wszystko - taka, która mówi: wejdź i zrób we mnie cokolwiek pragniesz, bo jestem zbyt słaby. Ona otwiera drzwi bez względu na konsekwencje. Jest jak "siostra odwaga" z "bratem ryzykiem", bez którego tak naprawdę nie istnieje. Nie jest podobna do wygody szukającej najłatwiejszych dróg. Nie jest szeroką aleją, ale wąską ścieżką, po której chodzi niewielu. Przez wiarę powstał wielki naród, choć wydawało się to niemożliwe - taką to ma moc prawdziwa ufność wobec wypowiedzianej obietnicy. A bez wiary nie można się podobać, bo to jak ignorancja wobec rzeczy oczywistych. To jakby niemowlę krzyczało, że matka jest zwykłą fikcją. To "nie" wypowiedziane przeciw prawdziwemu życiu. Przez umarłą wiarę rozproszony był naród, który przez nią powstał, a pełną ufności nadzieję spotyka nagroda bogatsza, niż świecące złoto i większa, niż wyobrażenia mędrców. Wiara jest ze słuchania... - ... A ja zamykałem ci uszy... - wtrącił Drugi po raz setny wykrzywiając twarz w ironicznym, pełnym zwycięskiego upojenia uśmiechu. - ... Tak, jak dałeś sobie wydzierać to "słuchanie", bo było dla ciebie zwykłą głupotą, marnotrawieniem czasu i ciągłym odkładaniem w przyszłość - Pierwszy westchnął głęboko. - Stałeś się doskonały w poleganiu na samym sobie, w wyznaczaniu miar i osądów. Pokochałeś samodzielność zupełnie jak ja - Drugi zaszedł Przeciętnego od tyłu i stojąc tuż za jego plecami szeptał mu do ucha każde słowo dobitnie i wyraźnie akcentując, tak, by zrobić na nim jak największe wrażenie - ... i w miarę upływu twojego życia, osiągnąłeś ideał - zwątpiłeś w moje istnienie. Ukryłem się wśród twoich myśli. W pięknych pragnieniach, wzniosłych objawieniach i twoim własnym poprzestawaniu na małym. Stworzyłem ci pozór niezależności i przyjąłeś go bez zastrzeżeń. Pozwalałeś mi na wszystko, więc dałem ci poczucie bezpieczeństwa za to, że nie chciałeś szukać. Powiedziałem ci, że to może być niewygodne, trudne, nawet niebezpieczne i zgodziłeś się ze mną. Nie chciałeś się narażać, nie cierpiałeś się wychylać. Tylko głupcy dają się opluwać za ucieczkę od schematów, wyrywanie się z raz na zawsze ustalonych i sprawdzonych norm. Oni właśnie źle kończą, a ich ryzyko najzwyklej nie popłaca. Po co porzucać piękne idee, które głoszą "białe", a pozwalają na "szare" i "czarne"? Wygoda ponad wszystko i ja dałem ci wygodę: jeśli byłeś słaby - ja cię wzmocniłem, kiedy byłeś zagubiony - doradziłem ci, kiedy smutny - pocieszyłem, gdy zły - uspokoiłem, kiedy silny - poklepywałem po ramieniu. Chciałem, byś był pewny siebie. Robiłem dla ciebie wszystko, nawet, gdy ogarniała cię nuda, szukałem dobrej rozrywki. Ja stwarzałem z ciebie sobie brata, byśmy obaj nie czuli się samotni. Samotność to najobrzydliwsza nuda i nie chcę być sam. Muszę się starać, by zdobyć towarzystwo, bo wciąż chcą mnie wyobcować, ukraść mi każdego, z kim pragnę przyjaźni. Mówią, że nie ma we mnie piękna i dobra, a ja chciałem dawać to co dobre dla ciebie. Każdemu oferuję moje bogactwo, moje uczucia, moją mądrość - wszystko, co przynosi pożytek w świecie, w którym żyłeś. Ty nie musiałeś słuchać o czymś... - Drugi wykrzywił usta z niesmakiem - ... innym, podobno lepszym i bardziej żywym, tak jakbyś sam był martwy... Pierwszy podniósł księgę z blatu biurka i trzymając ją w jednej dłoni rozchylił jej okładki, by pokazać Przeciętnemu ukryte między nimi gęsto zapisane strony. - Nie chciałeś słuchać tych, którzy składali świadectwo o prawdzie tej księgi. Odwracałeś się i szedłeś swoją drogą zapominając, że mówili o tobie... Napisano: "Wiara jest ze słuchania", ale nie byle czego - nie wiadomości z kraju i ze świata, ani prognozy pogody, ale tylko Słowa zapisanego w tej księdze, które stało się żywe - zrodziło się, by być ciałem. - Pierwszy odetchnął głęboko, jakby próbując zrzucić z siebie ciężar tego, co leżało mu na sercu. - Ale ty wolałeś polegać na ludziach, których widziałeś - poważnych i dystyngowanych, posiadających jedyną rację i prawdziwą wykładnię tego, co zapisano. Twoja wiara to przytakiwanie, a nie dążenie do prawdy i doskonałości. Ci, co wierzą i szukają, posiądą nagrodę. Jakie było twoje szukanie, wiesz sam. Nie próbowałeś nawet mieć celu, bo niczego się nie spodziewałeś. Wiara jest ufnością w coś, co jest obiecane, ożywia ją nadzieja, choć często nie ma widzialnego argumentu. Gdy spodziewasz się wypełnienia obietnicy, wtedy rodzi się wiara. Pomyśl więc dobrze - ile obietnic możesz wyliczyć z tego Pisma? Przeciętny milczał. - Co więc było twoją wiarą? Komu ufałeś? - Pierwszy delikatnie przewracał strona po stronie kartki z ciemnymi literami. - Co możesz powiedzieć o człowieku z ulicy, albo twoim własnym sąsiedzie, którego tak naprawdę w ogóle nie znałeś? Co możesz powiedzieć o kimś, kto pisze do ciebie list, jeśli wcale nie otworzyłeś koperty? Jak mogłeś używać prawidłowo czegokolwiek, jeśli nie poznałeś instrukcji obsługi? - Oczy Pierwszego były wciąż smutne. - To prawda - starałeś się być dobrym, nie wyrządzać krzywdy, chciałeś zachowywać wszystko, co było wartościowe. Jednakże zapłatą za jeden grzech jest śmierć - mówi to Pismo. Nie na podstawie uczynków można tę śmierć pokonać, bo co mógłbyś dać za swoją duszę? Ile bankowych rachunków, ile przemierzonych kilometrów do świętych miejsc, ile łez albo poświęceń? Co mógłbyś dać w zamian, gdy ktoś pragnie ciebie samego, a nie twoich owoców, twojego wnętrza - serca i ducha na mieszkanie - nie twoich starań i pięknych zamierzeń. Jak czułbyś się, gdyby przyszedł ktoś na ucztę do twojego domu, gorąco przez ciebie zapraszany i zamiast korzystać z bogactwa, jakie mu ofiarujesz z zastawionego sto ]łu, pełnego wytrawnych potraw, wyciąga swój suchy chleb i popija go wodą z przydrożnego rowu. Przykrość... Prosisz go więc i nalegasz, by jadł i pił aż do syta, a on sprzecza się, że to nie jego, że zbyt piękne i nieprawdziwe. Wszystko - cokolwiek było potrzebne - zostało uczynione, by zastawić stół dla ciebie, ty jednak odwracałeś się plecami goniąc za swoim suchym chlebem i byle jaką wodą... To przykre i straszne, ale tak prawdziwe... Nigdy owoce nie ożywią drzewa i bez sensu jest łatanie starych szat nowym materiałem. Potrzeba było ci nowych narodzin, rozpoczęcia życia od nowa - prawdziwego życia z tym, który jest jego jedynym źródłem, a nie marnej imitacji, którą "ofiarował" ci twój przylepiony cień. Pierwszy spojrzał wymownie na Drugiego, który skrzywił się w kolejnym niby śmiechu. Jakże mogłeś je rozpocząć, skoro przed nim uciekałeś? - Myślał, że mogłoby być zbyt nudne - powiedział ironicznie Drugi. - Co to za życie: ciągle się modlić, ślęczeć nad Pismami, rozmawiać o imaginacjach, jakichś tam wrażeniach, podobno duchowych przeżyciach. Tego nie wolno, tamtego nie wolno, ani pobawić się, ani wypić do towarzystwa. Co za stęchlizna... - Wolność od tego - to jest sztuka - Pierwszy przyłożył dłoń do serca - to nie mieć złych pragnień, złości, gdy ktoś chce być tobie wrogiem, zmartwień, gdy nic nie układa się jak należy, nie bać się ludzi ani śmierci i mieć cel przed sobą - pewny, nie ulegający zmianom, cel wieczny i piękny, do którego się tęskni, gdy tylko na myśl przychodzi cel, który nie ucieka, ale wciąż się przybliża, czas wyzwolenia od każdego problemu, od znanej rzeczywistości do nowej - absolutnie pięknej. To nie jest nudne! Wszystko składa się z małych części w olbrzymią mozaikę. To jest jak piasek nasypany nad brzegiem oceanu. Wielu może zbadać pojedyncze ziarnka i się nimi zachwycić, gdy tylko skorzystają z mikroskopu, ale czymże to jest w porównaniu z kompozycją miliardów takich ziarenek tworzących malownicze wydmy. Sam piasek może być pustynią, ale nad brzegami oceanu daje miejsce roślinom i zwierzętom. Tam można odpocząć. Wyzbyć się stresów i odświeżyć. - To tak jakoś cudnie brzmi - stwierdził Drugi wywracając dolną wargę na "lewą" stronę - żeby nie powiedzieć: "cudacznie". - Przestań go mamić tymi wywodami o wolności, pięknie i wczasach nad morzem. Wprost trzeba powiedzieć, kim naprawdę jest. Nie możesz uciec przed rzeczywistością - twoją szarą, brutalną rzeczywistością. Dla ciebie istnieje tylko teraźniejszość, bo o przyszłości każda myśl będzie torturą, niewysłowionym bólem zmarnowanej przeszłości. Co ja też mówię? Ze mną nie mogłeś jej marnować. Jak wiele razem dokonaliśmy: przekraczaliśmy bariery śmiesznych i prymitywnych zakazów, za które podobno coś groziło. Jakże mielibyśmy się tym przejmować? Jakieś tam przestarzałe księgi... Tak mało miały wspólnych myśli z nowoczesną przecież, teraźniejszością. Zresztą i tak były zbyt trudne, żeby się nimi zająć. Od tego byli mądrzejsi, wykształceni ludzie z dużymi głowami, w których mogły się pomieścić jakieś starożytne, zawiłe pojęcia, nieprawdaż? - Drugi poklepał otwartą dłonią skurczonego w sobie Przeciętnego, który wciąż drżał i bezgłośnie poruszał ledwo dostrzegalnie ustami. - Mieliśmy lepsze zajęcia. Było wiele obowiązków, więc trzeba było także należycie odpocząć. To się należy każdemu - jakiś siódmy dzień, co? - Drugi znów uśmiechał się, tym razem dedykując swój grymas Pierwszemu. - A i każdego dnia, trzeba wziąć chwilę oddechu. Czy piwko przy dobrym programie w telewizji, to coś złego? Kino, teatr, czy golf - to też coś złego? Chcieliśmy być przyjaciółmi dla wszystkich. Chcieliśmy kochać wszystkich... - Tylko o jaką miłość toczy się gra? - spytał stanowczo Pierwszy. - Mieć miłość, to znaczy oddać całego siebie, mieć cierpliwość, łaskawość, brak zazdrości, nie szukać poklasku, nie być pysznym, nie dopuszczać się bezwstydu, nie szukać swego, nie unosić się gniewem, nie pamiętać złego, nie cieszyć się z niesprawiedliwości, wszystko znosić i wszystko przetrzymać... O tym właśnie mówisz? - Urojona doskonałość - prychnął Drugi i machnął lekceważąco ręką. - Doskonałość, ale godna posiadania. Pożądanie jej może być chlubą. Wiem, że ty masz miłość... - twarz Pierwszego stała się naprężona jak głaz, a w głosie rosło napięcie jak podczas zbierania się chmur burzowych. Stał z otwartą księgą w dłoni i patrzył wprost w oczy Drugiego - ... miłość absolutną... do siebie samego! I ona cię niszczy, drąży jak rak chore ciało i zarażasz nią innych, ciągnąc za sobą. Nie takiej miłości człowiek potrzebuje. Egoizm sprowadza do grobu, a tylko miłość odwzajemniona daje radość, pokój i to co najważniejsze - uwolnienie od śmierci. Dziękuję Temu, który nas stworzył, że ma miłość doskonałą i poświęcił samego siebie, by dać wolność od kłamstw, które stworzyłeś, od oszustw mamiących oczy tych, którzy są prości i tych uważających siebie za mądrych. W Nim jest cała pełnia świętości, której tak nienawidzisz i nie możesz znieść. On poniósł ofiarę doskonałą, która miała moc przebłagalną przez niewinną, świętą krew, nie skażoną żadnym grzechem, za grzech tych, którzy wpadli w nierząd, nie zachowując należytej drogi małżeństwa, stali się nieczyści, mieli radość w wyuzdaniu, chciwością stwarzali sobie obcych bogów, uprawiali czary i wywoływali duchy, siali nienawiść w swoich sercach, spór, zawiść i wzburzenie, gonili za zaszczytami, nie zależało im na zgodzie i tworzyli rozłamy, zazdrościli, dopuszczali się pijaństwa i hulanek, na których zawisł gniew ku wyrokowi potępienia, a kiedy uwierzyli, że ta ofiara ma moc w przelanej krwi oczyścić ich z nieprawości - dał im wolność i życie. Wolność od ciebie i tego co ze sobą niesiesz, On dał życie wieczne. Nie ma potępienia dla tych, którzy się w Nim znaleźli. Jeśli stał się dla nich drogą i na nią weszli, poznali prawdę o Nim, o tobie, o tym, co przed nimi i weszli za życia w wieczność radości, pokoju, wytchnienia od swoich dzieł, w których maczałeś palce, choć i tak ciągle im nie dajesz za wygraną. Jesteś wobec nich bez mocy, nie potrafisz już nad nimi panować i mamić ich tak skutecznie swoimi oszukańczymi teoriami i praktykami. A to wszystko przez jedno imię, którego nie znosisz i cokolwiek będziesz robił, już Go nie pozbawisz dzieła największego w historii obok stworzenia - dzieła zbawienia. Żadna religia, najwymyślniejszy system, ani teoria nie jest wstanie tego imienia przyćmić ani zniewolić. Nawet jeśli coś naśladuje prawdę, a nią nie jest, rozpływa się wobec Słowa, które wypowiedział na stronach tego Pisma - Pierwszy uniósł księgę na wysokość swojej twarzy - i nigdy nie spełnią się twoje najskrytsze i największe plany - nie zajmiesz Jego miejsca. - W imieniu Jezus było twoje zbawienie - Pierwszy zwrócił się do Przeciętnego. Jego głos był ciepły, ale wciąż stanowczy i przepełniony ponownie smutkiem. - A on odwodził cię od Jezusa - Pierwszy wymierzył wskazujący palec w Drugiego - jedynej bramy prowadzącej do Boga. Nigdy nie było i nie będzie innej. Jezusa nie można zastąpić jakimkolwiek pośrednikiem, nie ma obrzędu, który pomaga, by do Niego trafić, żadne pokropienie, kadzenie ani podnoszenie. Do Jezusa przychodzi się przez wiarę. Kto w Niego wierzy, nie chodzi w ciemności, a z jego serca płyną rzeki wody żywej. Kto w Niego uwierzy, narodzi się na nowo i dostaje dar Ducha, który wprowadza we wszelką prawdę, uczy i otwiera nowe horyzonty. Pozwala pływać po oceanie Boga i nurkować w Jego głębokości, bo Duch je zna. Jezus umarł i zmartwychwstał, by być zbawieniem dającym coś więcej, niż wolność od nałogu, słabości, od grzechu. On chce, aby z Nim panować, bo On sam jest Panem. Przed Jezusem zegnie się każde kolano, również to pyszne, buńczuczne i kpiące - Pierwszy znów spojrzał wymownie w kierunku Drugiego - i stanie się to bezwzględnie, lecz ten kto uwierzył, zrobił to sam, z własnej woli i poczytano mu to za sprawiedliwość, za gest uwielbienia. Kiedy się prawdziwie kocha, nie jest ciężarem poddać się w niewolę i stać się sługą gotowym na wszystko. A miłość do Boga wyklucza miłość do rzeczy ze świata, do jego systemów, do wartościowania i priorytetów. Miłość do Boga znaczy to samo, co pragnienie świętości, bez której nikt nie ujrzy Pana. Jeśli ktoś wierzy, a nie ma uczynków, to jego wiara jest naprawdę martwa. Nie ma też wiary bez Słowa Bożego - bo wiara w Jezusa wynika z tego, czy przyjął ktoś za prawdę Jego własne słowa. Jeśli więc ktoś mówi, jak ty, że wierzy, a nie słuchał Jezusa - nie jest to możliwe, by mogło to być prawdą. Jeśli ktoś nie słucha Jezusa, gniew Boga ciąży nad nim. Nawet jeśli kiedyś to usłyszał i zrozumiał, że nie jest gotowy stanąć przed świętością, lecz odszedł, nie zrobił nic z sobą i zapomniał - jest w takim samym stanie jakby nie słyszał Słowa. "Po owocach ich poznacie" - powiedział Pan Jezus, a owoc daje żywe drzewo, którego korzenie czerpią życiodajną wodę z gleby Chrystusa. Drugi zesztywniał i jakby intensywnie myśląc, patrzył w jeden punkt na przeciwległej ścianie. Jego twarz nagle się rozjaśniła i wystrzelił niemal krzycząc: - Ja nie mam mocy?! Nad tymi wierzącymi nie mam żadnej władzy?! - skrzywił się pogardliwie. - To dlaczego, myślisz upadają? Dlaczego zdarzają im się wpadki i grzeszą? Czują się czasem tacy zagubieni...? - pokiwał głową udając zmartwienie. - Możesz tylko tyle, na ile Bóg ci pozwoli. Gdy myślą, że sami coś potrafią, kiedy ich ogarnia pycha swej własnej "mocy", wtedy potrzebują dobrego doświadczenia, upamiętania i szukają schronienia. Dobrze wtedy wiedzą, do kogo po to pójść, każdy wyznany grzech, przykrywa krew Jezusa. I dobrze wiesz, że Pan ma moc i władzę podtrzymać upadającego sługę. Nawet jeśli oddalą się zbyt daleko i zagubią, Dobry Pasterz szuka zagubionych owiec i przynosi je do owczarni na własnych ramionach. Syn może odejść od Ojca i nikogo upartego Ojciec na siłę nie powstrzyma, jednakże raz obdarowany, nie zostanie z darów ojcowskich ograbiony. Doświadczy wtedy twojej obecności, lecz gdy zrozumie, dokąd zmierza jego życie i że u Ojca miał wszelki dostatek, wróci, bo nikt nie chce umierać. Jeśli w grzechu zabrnie tak daleko, że mimo napomnień nie chce się upamiętać, ciało jego być może zatracisz, duch jednak zbawiony będzie w dzień Pański. Nie masz władzy tak naprawdę nad tymi, którzy uwierzyli, że Jezus umarł dla ich odkupienia. Chociaż wykonałeś wyrok na Nim rękoma rzymskich żołnierzy i myślałeś, że jesteś potężniejszy, Jego krew zniszczyła twoje plany, wystawiła cię na pokaz i rozbroiła twoją uzurpatorską władzę. Jezus zmartwychwstał i nic Mu nie przeciwstawisz. Zmiecie cię tchnieniem Swych ust, wpadniesz do otchłani, tam zostaniesz zamknięty, a później i zniszczony. Taka jest twoja przyszłość... - Nie możesz mnie potępić - syknął przez zęby Drugi. - Pan cię potępił. Już jesteś osądzony - twarz Pierwszego się rozjaśniła. Był zupełnie spokojny. Przygnębiony Przeciętny przez krótką chwilkę czuł się jakby o nim zapomniano. Z całą pewnością rozumiał, że słowa jakie tu padły, mówiły o czymś o wiele większym niż wszystko, co dotyczyło jego osoby. Między tym w białych szatach, a elegantem w garniturze toczyła się wyraźna walka. Byli antagonistami, którzy tolerują wzajemną obecność z największym trudem i najchętniej już dawno by się pożegnali. Obu chodziło jednak właśnie o niego. Obaj mieli absolutny wgląd w jego życie i jaskrawo dostrzegali najdrobniejsze szczegóły. Obaj powiedzieli mu bardzo dużo. Nigdy nie przypuszczał, że każdy szary, monotonny dzień płynący jeden po drugim, przez tyle lat, całych dziesiątek lat, kogoś tak bardzo interesuje. Do głowy nie przyszła mu najskromniejsza nawet myśl, że jest od kogokolwiek, w jakimkolwiek stopniu uzależniony w swoich przemyśleniach, planach i decyzjach. Nie czuł niczyjej obecności, kiedy wybierał szkoły, gdy decydował o pracy, czy poślubieniu swej żony. Był taki ,,wolny" we wszystkim co robił, a teraz ta ,,wolność" okazała się zwykłą, aczkolwiek tragiczną niewolą. Tragiczną, bo zupełnie niedostrzegalną, zakrytą całą stertą kolorowych pozorów sprawiających dobre i tak pozytywne wrażenie. Prawda, że bywały chwile, kiedy czegoś mu brakowało. Odczuwał wtedy pustkę oczekującą zapełnienia czymś konkretnym, wymiernym i pięknym, czymś co pociąga do pełnego zaangażowania. I odnajdował jakieś namiastki, którymi zadowalał się na krótki czas, odbierając coś, co nazywał wtedy szczęściem i radością. Chodził tam, gdzie mówili o Tym, który jest Bogiem, o Tym, który uszczęśliwia, jeśli tylko podda się odpowiednim, ściśle określonym, zabiegom. Regularnie padał na kolana przed człowiekiem, któremu skrupulatnie szeptał wszystkie przewinienia, a i za te zapomniane bardzo żałował. Łykał, co nazwano "chlebem żywota", "ciałem Tego, który umarł", bo miało mu to dać otwartą bramę do nieba. Dlaczego więc zawiódł tak pewny bilet do wiecznej chwały, do świętości, na którą było przecież stać niewielu? Wszyscy wtajemniczeni zapewniali, że jeśli tylko będzie regularnie uczestniczył w sakramentalnych powinnościach, nic nie będzie mu groziło. Zresztą zawsze w zanadrzu pozostała modlitwa bliskich, gdyby nagle umarł... i co? Zaczęła ogarniać go złość na tych wszystkich, którzy co niedzielę wprowadzali go w błąd, utwierdzając w przekonaniu, że jedynie oni posiadają prawdziwą wykładnię reguł wiary. - Nie możesz mieć do nich nazbyt wielkich pretensji - odpowiedział jego myślom Pierwszy. - Wyłącznie od ciebie zależała decyzja szukania Boga z całego serce. Nikt nie mógł ci tego narzucić. Właśnie ty mogłeś poznać Jego wolę, gdybyś tylko otworzył swoje serce i pozwolił się pociągnąć. Mowa o krzyżu jest głupstwem dla ludzi dających się zatracić, mocą zaś, dającym się zbawiać. Ewangelia zasłonięta niestety jest dla ludzi, którzy dają się gubić. W Chrystusie dopiero opada zasłona z oczu i można poznać głębię Boga i Jego Słowa. Jaki byłeś, dokładnie wiesz sam... "Mowa o krzyżu..." - myślał Przeciętny - kiedyś nie rozumiał, że krzyż nie jest tylko symbolem, często czczym symbolem "zdobiącym" sztandary, kolczyki, czy będącym, o zgrozo, polityczną maskotką. - Krzyż stał się tak powszedni, że wręcz niezauważalny - kontynuował Pierwszy. - Na wysokich wieżach, placach przy drogach, w szkołach. Ale kto pamięta, że to narzędzie śmierci, które wbitymi gwoździami wysysa z rąk i stóp krew i dążąc do utraty sił swej ofiary, żąda pękniętego serca...? - Ja w to nigdy nie wątpiłem - jęknął Przeciętny. - Jakież więc miało to w tobie następstwa? Pytam o twoją rzeczywistość - praktykę codziennej śmierci, tego, co rodzi śmierć. Jak wypełniłeś Słowo: "Kto chce pójść za mną, niech weźmie swój krzyż i naśladuje mnie"? Jak zapierałeś się siebie? Czy mogłeś powiedzieć: "Żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus"? Jak korzystałeś z mocy zmartwychwstania, dającej wszystko, co do życia i pobożności potrzebne? Napisano: "Zazdrośnie pożąda On ducha, któremu dał w was mieszkanie... Bóg pysznym się sprzeciwia, pokornym zaś łaskę daje. Przeto poddajcie się Bogu, przeciwstawcie się diabłu, a ucieknie od was. Zbliżcie się do Boga, a zbliży się do was. Obmyjcie ręce, grzesznicy, i oczyśćcie serca, ludzie o rozdwojonej duszy. Biadajcie i smućcie się, i płaczcie; śmiech wasz niech się w żałość obróci, a radość w przygnębienie. Uniżcie się przed Panem, a wywyższy was". Czy naprawdę tak się uniżyłeś? Gdybyś wnętrze swego serca pozwolił oświetlić Bożej obecności, nie mógłbyś pozostać więcej taki sam - zmartwiały. "Lecz każdy, kto źle czyni nienawidzi światłości i nie zbliża się do światłości, aby nie ujawniono jego uczynków. Kto postępuje zgodnie z prawdą, dąży do światłości, aby wyszło na jaw, że uczynki jego dokonane są w Bogu." Pan wypisuje swoje prawo w sercach i daje umysłom poznać jego znaczenie. Grzech prawdziwie staje się grzechem, sprawiedliwość - sprawiedliwością. Doznałbyś wstrętu do rzeczy plugawych i miałbyś radość w tym, co jest święte. Pragnąłbyś zostać sługą, by spełniać wolę Pana. U Niego jest pokój, On daje satysfakcję i nagradza wiernych. Jedynie w Jego domu jest ucieczka od zgnilizny świata. Świat niestety gnije z całą swą logiką i umiejętnościami. Dąży do poznania, a nic tak naprawdę przecież nie poznaje, bo prawdziwą wiedzę ma tylko Duch Boży - On wprowadza w prawdę. Jeśli ktoś nie przestrzega przykazań Bożych, a własne ustanawia, cała jego "pobożność" mija się z celem, podkładając sobie samej nogę, aby się w końcu wywrócić. Żyć pobożnie, to umieć zachować siebie niesplamionym przez świat. Gdy ktoś uznał swoją słabość i zaufał obietnicy Pana, ten wygrał, gdyż Bóg współdziała ku dobremu z tymi, którzy Go miłują. - Pierwszy nabrał powietrza i odetchnął. Te Słowa go przepełniły. - Kiedyś przyszedł do Jezusa człowiek uczony w Świętych Pismach. Starał się, by żyć według tego, co czytał. A jednak usłyszał od Pana: "Kto na nowo się nie narodzi, nie może wejść do Królestwa Bożego". On nie zrozumiał, myślał, że trzeba mu wrócić do łona swej matki. Człowiek, który Pana przyjął, otrzymał prawo i moc stać się dzieckiem Bożym. Jest narodzony nie z krwi, ani z cielesnej woli, własnym wysiłkiem, ani z woli ojca, który tak sobie zażyczył, ale tylko z Boga. Jego ingerencja oznacza metanoję - przemianę myślenia z czczenia fałszywych bogów, życia tradycją i religijnością, ku myślom Bożym. Być chrześcijaninem, znaczy być Chrystusowcem, tym kto Chrystusa naśladuje za Nim podążając. - Pierwszy pochylił się ku Przeciętnemu. - Pomyśl, czy byłeś sam sobie panem i sługą? Czy też miałeś Pana, samemu będąc sługą? Głową kobiety jest mąż, mężczyzny zaś Chrystus - lecz kto to rozumie? W oczach Ojca Chrystus jest Głową każdego, kto uwierzył. Ci zaś, którzy uwierzyli, są jego ciałem - prawdziwym i żywym Kościołem. Bóg nie mieszka w budowlach ręką zbudowanych, ale świątynią są ludzie wierzący, którzy uwierzyli, że to co w nich Pan rozpoczął, ma moc i dokończyć... - Czas... - Pierwszy wzniósł twarz do góry i przymknął oczy - ... jest już bliski i wiele się jeszcze objawi... zobaczą ludzie Tego, którego przebodli. Dziękuję Ci, Boże, że dni sądne rozpoczynają się już w tym świecie skażenia i pójdziesz, Panie Jezu, na obłoki po Swe Ciało - Kościół z Ducha narodzony. Od wieków już woła Twoja Oblubienica: ,,Przyjdź Oblubieńcze, gdyż czeka Narzeczona na dzień swego wesela". Przyodziej ją, Panie, w piękną, białą szatę, symbol Twej czystości i zabierz pannę stęsknioną, tak wyobcowaną w królestwie Twego wroga. Wypełniają się proroctwa Twoich posłańców, dopełnij więc, o Panie, liczby wybawionych od upadku w śmierć grzechu i niech nastanie upragnione wesele. Dziękuję Ci za Twą miłość, którą im okazałeś - jesteś wywyższony przed aniołami! - Pierwszy zamilkł i zapadła cisza. Przeciętny osunął się na podłogę i zgięty wpół, z głową na kolanach ciężko łkał oplótłszy dłońmi głowę. - W jakiej księdze będzie twoje imię? - spytał, nie oczekując żadnej odpowiedzi Pierwszy Przeciętnego. * * * „Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują!” - Ewangelia Mateusza 7,14 „Jak napisano: Nie ma ani jednego sprawiedliwego, nie masz kto by rozumiał, nie masz kto by szukał Boga: wszyscy zboczyli, razem stali się nieużytecznymi, nie masz kto by czynił dobrze, nie masz ani jednego.” - List do Rzymian 3,10-12 „Odpowiedział mu Jezus: Ja jestem droga i prawda, i żywot, nikt nie przychodzi do Ojca, jak tylko przeze mnie.” - Ewangelia Jana 14,6 Z całą pewnością czytając tę opowieść, mogą nasuwać się różne pytania. Czy to tak właśnie wygląda? Czy istnieje takie miejsce? Tak naprawdę nie ma to wielkiego znaczenia. Istotne jest to, że każdy człowiek, bez względu na to czy wierzy w Boga, czy też nie, stanie przed Bogiem i odpowie za swoje życie. Odpowie za to, co zrobił z Jego Synem , Jezusem Chrystusem, który przyszedł na świat, aby oddać swoje życie w wielkim cierpieniu męczeńskiej śmierci na krzyżu. Niestety znakomita większość ludzi, których znam, ogranicza się do pustej wiedzy o ofierze Jezusa. Świadczy o tym ich codzienność, w którą wtłoczone są wynikające z rodzinnych tradycji religijne powinności. Spełniają oni Słowo Boże, które mówi: „...Ten lud zbliża się do mnie swoimi ustami i czci mnie swoimi wargami, a jego serce jest daleko ode mnie, tak że ich bojaźń przede mną jest wyuczonym przepisem ludzkim.” Izajasz 29, 13; Mateusz 15, 8-9. Przeciętny Polak uważa, że jest chrześcijaninem, gdyż uznaje istnienie Boga, został ochrzczony i chodzi do kościoła. Prawda jest taka, że słowo „chrześcijanin” nie pochodzi od słowa „chrzest”, ale od samego Chrystusa. Chrześcijaninem może się zatem nazywać tylko ten, kto w świadomy sposób przyjął ofiarę Jezusa za swoje grzechy, w pełni uznał Go za swojego Pana i stał się Jego uczniem przez codzienne praktykowanie zasad Bożego Słowa. Bożym dzieckiem nie można stać się przez religijne czynności, a nawet moralne postępowanie, ale „Tym zaś którzy go przyjęli, dał prawo stać się dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię jego, którzy narodzili się nie z krwi ani z cielesnej woli, ani z woli mężczyzny, lecz z Boga”! Jana 1,12-13. Nie wystarczy uznawać istnienia Boga, ale trzeba wierzyć Bogu: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, kto słucha słowa mego i wierzy temu, który mnie posłał, ma żywot wieczny i nie stanie przed sądem, lecz przeszedł z śmierci do żywota” Jana 5,24. Do niezwykle religijnego Nikodema Jezus powiedział, że musi narodzić się na nowo z Ducha, aby wejść do Królestwa Niebios (Jana 3,1-21!). Jeśli ktoś chce być zbawiony, niech przeczyta tę rozmowę i rozważając ją całym swym sercem, zada samemu zmartwychwstałemu Panu Jezusowi pytanie: co mam czynić, aby nie być potępionym za swoje grzechy? Pan przychodzi do śmiertelnie chorych na grzech, którzy szczerze do Niego wołają o pomoc. Jeśli ktoś uważa się za zdrowego, po co mu lekarz? Jeśli ktoś zbawi się swoimi uczynkami, po co mu Zbawiciel? Czy Ty także uważasz, że nic takiego złego w życiu nie zrobiłeś, aby być skazanym na potępienie? Czy myślisz, że Twoje dobre uczynki przeważą szalę złych? Czy myślisz, że są gorsi od Ciebie i to oni zasługują na piekło? Boże Słowo w Liście do Efezjan 2,1-10 mówi coś, co każdy człowiek powinien rozważyć: „I wy umarliście przez upadki i grzechy wasze, w których niegdyś chodziliście według modły tego świata, naśladując władcę, który rządzi w powietrzu, ducha, który teraz działa w synach opornych. Wśród nich i my wszyscy żyliśmy niegdyś w pożądliwościach ciała naszego, ulegając woli ciała i zmysłów, i byliśmy z natury dziećmi gniewu, jak i inni; ale Bóg, który jest bogaty w miłosierdzie, dla wielkiej miłości swojej, którą nas umiłował, i nas, którzy umarliśmy przez upadki, ożywił wraz z Chrystusem - łaską zbawieni jesteście - i wraz z nim wzbudził, i wraz z nim posadził w okręgach niebieskich w Chrystusie Jezusie, aby okazać w przyszłych wiekach nadzwyczajne bogactwo łaski swojej w dobroci wobec nas w Chrystusie Jezusie. Albowiem łaską zbawieni jesteście przez wiarę, i to nie z was: Boży to dar; nie z uczynków, aby się kto nie chlubił. Jego bowiem dziełem jesteśmy, stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych uczynków, do których przeznaczył nas Bóg, abyśmy w nich chodzili.” Jeśli raz świadomie w życiu zgrzeszyłeś, dla Boga stałeś się duchowym trupem i nie jesteś w stanie sam wzbudzić się do życia! Tego chce dokonać Bóg. Jednak, aby się to stało musisz uwierzyć całym sercem, że Jezus umierał właśnie za Ciebie, musisz wyznać Mu swoje grzechy i przyjąć niezmierzoną łaskę Jego zbawienia. Już dziś uwierz Jezusowi, Jego powtórne przyjście jest coraz bliższe! Musisz uświadomić sobie, że w duchowym świecie trwa największa i najdłuższa wojna, jaka kiedykolwiek miała miejsce. To wojna o Ciebie pomiędzy Bogiem i Szatanem, to wojna krwawa ze względu na śmierć samego Syna Bożego oraz niezliczonej liczby chrześcijan, aby dobra nowina o zbawieniu w Chrystusie dotarła także do Ciebie. To wojna, w której nie ma strony neutralnej, będącej gdzieś po środku. Jesteś więc dziś wśród nowonarodzonych dzieci Bożych po stronie światłości, czy też nie poddając się Bogu, wspierasz siły jego wroga? Czy stać Cię na to, by zignorować i odrzucić zabiegającego o Ciebie Jezusa? W czym pokładasz nadzieję na życie wieczne z Bogiem? Twoja wiara oparta jest w całej pełni na Nim, czy na Twoich umiejętnościach, zdolnościach i praktykach religijnych? Proszę, weź do ręki Słowo Boże, otwórz swe serce i szczerze spytaj Boga o Prawdę! Moje świadectwo Byłem wychowany w rodzinie, która nie przejawiała pragnienia szukania Boga i Jego woli. Rodzice w młodości stali się członkami komunistycznej partii i tylko dzięki wpływom babci mogę zawdzięczać zaszczepienie mi wiary w istnienie Boga oraz sumienność w przestrzeganiu zasad religii katolickiej. Dorastając, nie należałem do religijnych gorliwców, ale unikałem wielu spraw i sytuacji, w jakich mieli udział moi koledzy. Regularnie chodziłem do kościoła, spowiedzi oraz brałem udział we wszystkich świętach. Byłem wśród przeciętnie porządnych. Moje życie zaczęło się jednak poważnie komplikować. Rodzice po niezliczonych awanturach rozwiedli się. Skończenie szkoły średniej wiązało się z wyborem dalszej drogi, co było dla mnie wyjątkowo trudne przynajmniej z kilku powodów. Oprócz tego straciłem oparcie w dziewczynie, która nagle poszła w swoją stronę. Nie miałem żadnych perspektyw na przyszłość. W najbliższym czasie czekało mnie za to powołanie do wojska. Byłem bliski tragedii - myślałem nad odebraniem sobie życia, ale najistotniejszą rzeczą, która mnie przed tym powstrzymywała był strach przed Bogiem. Wiedziałem, że stając przed Nim, będę osądzony jako grzesznik i do tego samobójca! Zacząłem częściej chodzić do kościoła, co dwa tygodnie do spowiedzi. Ciągle te same grzechy. Nie miałem nałogów, nikogo nie zabiłem, drobne „podwórkowe” kradzieże i oszustwa nie były moją codziennością, ale byłem świadomy, że jestem grzesznikiem. Myślałem i robiłem wiele rzeczy, które dla Boga były przestępstwami! Wizyty w kościele nie zmieniały mojego stanu, jednak mój kontakt z Bogiem miał też inną stronę. Około osiemnastego roku życia, z moim najbliższym kolegą stało się coś dziwnego. Będąc czołowym działaczem oazowym, nagle opuścił katolicyzm i przyłączył się do jakiejś małej grupy chrześcijańskiej, która swe funkcjonowanie całkowicie opierała na Biblii, odrzucając przy tym wiele katolickich dogmatów. Od tamtej pory notorycznie zwiastował mi, co mówi Biblia o tym i o tamtym. Kłóciłem się z nim i wytrwale odpierałem „ataki” przez trzy lata. Wtedy on wyjechał z Wodzisławia, a ja wkrótce trafiłem do armii. Nie spodziewałem się, że pobyt w wojsku całkowicie odmieni mój los. Był to czas, kiedy Bóg odpowiedział na modlitwę sprzed kilku miesięcy. Prosiłem Go wtedy, aby wszedł w moje życie i sam je zmienił. Odsunięcie od wszelkich religijnych rytuałów pozostawiło mi możliwość gorącego wołania do Boga o zbawienie i ratunek od wojska. Miałem ze sobą małe wydanie Nowego Testamentu. Zacząłem czytać, jak nigdy dotąd, a Bóg zaczął działać. Nagle zorientowałem się, że nie myślę już o samobójstwie, wręcz nie chcę tego, szeroko otwierałem oczy na to, co czytałem, bo rozumiałem sens słów, przestałem nienawidzić ludzi, którzy mnie otaczali, zniknęło poczucie winy za popełnione niegdyś grzechy. Bóg zabrał mi wręcz problemy, z którymi borykałem się przez długie lata, a o których nikt nie wiedział tylko ja i sam Bóg. Dopiero będąc w wojsku mogłem z całą stanowczością powiedzieć, że stałem się chrześcijaninem. Uwierzyłem, że Jezus jest moją jedyną drogą do Boga, chciałem świadomie iść za Nim jako Jego uczeń, pokładając zaufanie w Bożym Słowie. Zobaczyłem, że moje dotychczasowe życie polegało tylko na teorii i ludzkich tradycjach. Dziś żałuję, że tyle lat opierałem się Bogu. Gdybym od razu odpowiedział na Jego zabiegi, szczędziłbym sobie wielu przykrych chwil, błędów i ich konsekwencji. Remigiusz Koczy 44-300 Wodzisław Śląski 22 Tekst użyty za zgodą i wiedzą autora Wersja HTML Copyright (c) 2001 Czytelnia Chrześcijanina
2. Śmierć kliniczna – okiem naukowca. Według naukowców to, co widzimy w stanie nazywanym "śmiercią kliniczną", jest spowodowane zaburzeniami funkcjonowania mózgu, które wynika z niedokrwienia kory mózgowej, niedotlenienia, a także z naruszenia normalnej fizjologii mózgu.
Koncepcja "Po drugiej stronie łóżka" jest tak oryginalna, że twórcy mieli problem z jej sklasyfikowaniem. "To film niepodobny do żadnego innego w tym kraju - mówi producent Tomas Cimadevilla – szczególnie dlatego, że jest w nim muzyka pop". Aktor Guillermo Toledo, który gra Pedra dodaje, że "właściwie można by zakwalifikować film jako komedię z piosenkami". Z kolei Paz Vega grająca Sonię uważa, że film jest "muzyczną komedią romantyczną z zazdrością i kłamstwami w tle. Mówi o tym, że nawet jeśli kogoś lubisz, to dlaczego miałbyś go nie oszukiwać? I nie ma potrzeby łączyć tego z moralnością. To jest po prostu część naszego życia." To świeże europejskie podejście do spraw życia i miłości może niepokoić lub nawet szokować w bardziej purytańskiej kulturze anglosaskiej. Jednak reżyser Emilio Martinez-Lazaro wierzy, że historia opowiedziana w "Po drugiej stronie łóżka" jest absolutnie uniwersalna. "Na filmie wszyscy widzowie dobrze się bawią, bo rozpoznają te sytuacje. Jeśli nawet sami ich nie przeżyli, to zdarzyły się one ich znajomym czy sąsiadom. Film pokazuje nam życie z innej perspektywy, gdzie okazuje się, jak w rzeczywistości jesteśmy mali. To dodaje humoru do, chwilami pesymistycznej, wizji naszego człowieczeństwa." "W filmie oglądamy – kontynuuje reżyser – bliską przyjaźń między młodymi indywidualistami, którzy są przyjaciółmi od wielu lat i teraz znaleźli się w dość skomplikowanej sytuacji. Nie chodzi nawet o to, że ciąży nad nimi widmo zdrady, ale pociąga ono za sobą kolejne kłamstwa. W końcu doprowadza to do nieuniknionego konfliktu". Scenarzysta David Serrano mówi: "Chodziło mi o to, żeby pokazać jak bardzo ciężko znaleźć kogoś, kto będzie cię naprawdę kochał. To prawie tak samo jak ze znalezieniem pary wygodnych butów. Najpierw musisz znaleźć styl, jaki ci odpowiada. Potem potrzebny rozmiar. I potem nawet jeśli znajdziesz idealnego partnera, pokusa zawsze czyha gdzieś obok i musisz być naprawdę silny, żeby jej nie ulec". Grający Rafa aktor Alberto San Juan mówi, że "tematem filmu jest to, że wszyscy szukamy prawdziwej miłości. I jedynym problemem z tym związanym jest fakt, że mężczyźni szukają jej we wszystkich kobietach. Prawdziwą tragedia jest, że nie możemy się zakochać w więcej niż jednej w tym samym czasie." Paz Vega uważa, że awersja do monogamii nie jest tylko specjalnością mężczyzn. "Moja bohaterka Sonia cierpi najmniej ze wszystkich. Wie jak skutecznie oszukiwać. Nie dlatego, że patrzy na to co się dzieje przez palce, tylko dlatego, że przychodzi jej to naturalnie. Myśli sobie – ten facet pojawił się w moim życiu, dlaczego z tego nie skorzystać?" Martinez-Lazaro i Serrano zdecydowali, że przy kręceniu filmu będą starali się unikać oklepanych, turystycznych widoków Madrytu. Wybrali miejsca, do których młodzi mieszkańcy chętnie chodzą – knajpy, puby, teatry alternatywne, kluby fitness. Potem zdecydowali, że do swojej komedii dołączą piosenki, które będą śpiewać (i przy których będą tańczyć) kolejni bohaterowie. Nie chcieli, by piosenki napisał twórca muzyki do filmu (wyjątkiem jest skomponowany przez Coque Malla kawałek rapowy), ale by były to hiszpańskie standardy popowe. I w ten sposób tak jak w przypadku postmodernistycznych współczesnych musicali ("Chicago", "Moulin Rouge") czy popularnych musicali europejskich sprzed lat ("Parasolki z Cherbourga") film "Po drugiej stronie łóżka" przyczynia się do rozszerzenia definicji gatunku. Fakt, że bohaterowie mieli śpiewać i tańczyć w filmie musiał wpłynąć na dobór obsady. "Od dziecka marzyłam, żeby zagrać w musicalu. – mówi Paz Vega – Kocham śpiewać i tańczyć. Dlatego kiedy dostałam scenariusz, który pozwolił mi spełnić jedno z marzeń życia, nie mogłam przejść obok niego obojętnie." Maria Esteve: "Myślę, że decydującym czynnikiem, który skłonił mnie do zagrania w tym filmie była właśnie muzyka. Nie dość, że jest tu perfekcyjnie napisany scenariusz ze świetnymi postaciami, to oprócz tego można jeszcze śpiewać i tańczyć. Jako aktorka wciąż poszukuję nowych wyzwań i przygód. Skoro więc, po raz pierwszy w Hiszpanii, kręcony jest taki musical, chcę uczestniczyć w tym unikalnym przedsięwzięciu." Piosenki wybrane przez Emilio Martineza-Lazaro są świetnie znane hiszpańskiej publiczności. Reprezentują wiele stylów - romantyczne ballady popowe, współczesny i retro rock and roll, hiszpański rap. Choreografię opracował do nich Pedro Berdayes. Okazało się jednak, że aktorzy nie do końca radzą sobie dobrze z jednoczesnym śpiewaniem i tańczeniem. Opowiada Paz Vega: "Na początku chodziliśmy w kółko jak kurczaki bez głów. Byliśmy zagubieni. Nie mogliśmy razem zrobić więcej niż dwa kroki. I wtedy też po raz pierwszy usłyszałam, jak śpiewam. To było straszne. Poprosiłam Emilio, żeby wyciął tę scenę z filmu. Potem jednak posłuchałam tego jeszcze kilka razy i zmieniłam zdanie. Myślę, że to tak jak z płytą, którą słuchasz pierwszy raz. Nie od razu łapiesz klimat. Dopiero kiedy przesłuchasz kilka razy, myślisz sobie, że jest całkiem fajna." "Wolę tańczyć. – ze śmiechem mówi Guillermo Toledo – Nie mogłem znaleźć tonacji, w której powinienem śpiewać. Biedny szef muzyczny rwał sobie włosy z głowy obniżając wciąż tonacje piosenek, żeby dopasować je do mojego głosu." "Najtrudniejszy był taniec – mówi z kolei Natalia Verbeke. – Dlatego, że ponad miesiąc upłynął między próbami a pierwszym klapsem. Przez ten czas zdążyliśmy stracić formę." Jednak ekipa się nie załamywała, bo reżyser zapowiedział, że nie żąda od nich by śpiewali jak Pavarotti i tańczyli jak Nurejew. Co więcej Martinez-Lazaro chciał, by piosenki śpiewali jak najbardziej naturalnie, bez żadnego podkładania głosów. "Zamiast wysilaniu się na profesjonalnych piosenkarzy, położyliśmy nacisk na to, by piosenki były naturalne. Takie jak gdyby śpiewali je bohaterowie, którzy przecież piosenkarzami nie są." Młodzi aktorzy pracowali pod czujnym okiem doświadczonego stażem reżysera. "Byłem przyzwyczajony do pracy z reżyserami z mojego pokolenia – mówi Guillermo Toledo – i prawdę mówiąc trochę obawiałem się pracy z Emilio. Dopiero kiedy go poznałem, okazało się, że to facet młody duchem i jego faktyczny wiek nie ma tu nic do rzeczy. Na planie panowała świetna atmosfera i było dużo zabawy." Paz Vega dodaje: "Emilio jest w tym biznesie od wielu lat. Jest ciepłym facetem, z którym można pogadać o wszystkim. Nie wspomnę o fantastycznym poczuciu humoru. Bardzo mi na planie pomógł." Wygląda na to, że hiszpańska publiczność silnie zidentyfikowała się z problemami przedstawionymi w filmie, bo "Po drugiej stronie łóżka" stało się przebojem kasowym i dostało 6 nominacji do Goya Awards.
Tłumaczenie hasła ""po drugiej stronie"" na angielski. across, beyond, over to najczęstsze tłumaczenia ""po drugiej stronie"" na angielski. Przykładowe przetłumaczone zdanie: Sklep z rurami jest po drugiej stronie ulicy. ↔ The pipe store is across the street. po drugiej stronie. + Dodaj tłumaczenie.
Śmierć kliniczna wciąż fascynuje ludzi. Znamy ją tylko z relacji osób, które jej doświadczyły. Jak to jest? Co jest po drugiej stronie? Rozmawiamy z 19-letnią Adą, która dwa lata temu doświadczyła tego stanu. Niestety, nie pokażemy Wam jej twarzy. Chce z nami rozmawiać, ale tylko anonimowo, bo boi się, że ludzie uznają ją za wariatkę. 1. Co się dzieje po śmierci? Ludzie pamiętają to bardzo dokładnie. Ostatnio doświadczył jej Jacek Rozenek, a dwa lata wcześniej Adam Ferency. To stan, którego wręcz nie da się opowiedzieć. Rozmawiamy z 19-letnią Adą, która 12 sierpnia 2017 r. przeżyła śmierć kliniczną. Wówczas Adrianna jechała na wakacje z rodzicami. - To miały być nasze ostatnie wspólne wakacje. Po powrocie miałam jechać z koleżankami do Zakopanego na kilka dni, a od przyszłego roku planować całe wakacje tak, jak chciałam – wspomina Ada. Zobacz film: "Strefa Wolnych Myśli: Przeżyła śmierć kliniczną" W pewnym momencie, po zjeździe z autostrady, zaczął padać deszcz. Doszło do stłuczki, a kilka chwil później w ich samochód uderzyła ciężarówka. - Wtedy jeszcze wiedziałam, co się ze mną dzieje, ale wszystko mnie bolało. Zamknęłam oczy i czekałam. Usłyszałam mamę i tatę. Krzyki, deszcz i pogotowie – mówi Ada. Samochód rodziny był staranowany, a dziewczyna miała rozległe uszkodzenia ciała. Kierowcy i pasażerowi z przodu, poza lekkimi obrażeniami głowy, nic się nie stało. Adę przetransportowano do szpitala. - W drodze do szpitala poczułam, że już nie mam siły. Zaczęłam się unosić, widziałam siebie z góry, ale odwracałam wzrok. Nic mnie już nie bolało, nic już nie czułam, byłam lekka jak piórko i widziałam kilka rzeczy naraz. Z prawej strony świat jak z filmu, gdzie wszystko było piękne i czyste. Byli tam ludzie, którzy się uśmiechali i za chwilę znikali. To była dobra rzeczywistość, chciałam tam być, wejść wszędzie i dotknąć każdej rośliny, której wcześniej nie widziałam – opowiada Ada. Ada doświadczyła śmierci klinicznej w 2017 r. Osoby znajdujące się po drugiej stronie często pytane są, czy faktycznie widzą światełko w tunelu i najbliższych, którzy na nas czekają. - Widziałam jednocześnie siebie w karetce i moją babcię, która zmarła pół roku wcześniej. Mówiła mi, że to jeszcze nie czas na mnie i mogę wrócić. Zobaczyłam też światło, ale nie na końcu tunelu, takie zbliżające się do mnie i mówiące. Nie bałam się, wręcz przeciwnie, chciałam go dotknąć, wejść w nie i usłyszałam, że mogę z nim iść albo wrócić. Pokazało mi karetkę parkującą pod szpitalem i moich rodziców, lekarzy, którzy walczyli o moje życie, sporo krwi. Widok rodziców ostatecznie przekonał mnie, że chcę wrócić i to się stało w tym momencie – mówi Ada. Okazuje się, że śmierć kliniczna nie tylko pozwala nabrać perspektywy, ale i sprawić, że umieranie przestaje być przerażające. - Nie boję się śmierci i już nie płaczę na pogrzebach. Wiem, że oni doświadczają tego, czego ja doświadczyłam i są szczęśliwi. Cieszę się, że wróciłam, chociaż mam wrażenie, że tam jest mój dom, a tutaj jestem tylko na jakiś czas. To brzmi dziwnie, ale myślę, że już tam byłam – wyjaśnia Ada. Jednym z najczęściej zadawanych Adzie pytań jest to, czy mogła się pożegnać ze swoimi bliskimi. - Mogłam zrobić, co chciałam, jak tylko o czymś pomyślałam, to już tam byłam. Moja śmierć kliniczna trwała 4 minuty 23 sekundy, a mi się wydawało, że było to kilka godzin. To było przejmujące dobro, którego doświadczyłam, choć brzmi jak szalony sen – dodaje Ada. 2. Śmierć kliniczna – okiem naukowca Według naukowców to, co widzimy w stanie nazywanym "śmiercią kliniczną", jest spowodowane zaburzeniami funkcjonowania mózgu, które wynika z niedokrwienia kory mózgowej, niedotlenienia, a także z naruszenia normalnej fizjologii mózgu. Skąd zatem te wszystkie piękne obrazy? Wyjaśnieniem dla nich ma być tworzenie przez niedotleniony mózg halucynacji oraz zatrute toksynami neuroprzekaźniki. Zapytaliśmy kardiologa, dr. n med. Andrzeja Głuszaka o to, czy według niego możliwe jest, że to, czego doświadczają pacjenci, jest prawdziwe. - Ludzie mogą widzieć jasność raczej jako wynik reperfuzji po niedokrwieniu. Jest to sytuacja obciążona wieloma wątpliwościami. Pełne poznanie nie jest możliwe - wyjaśnia ekspert. Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez Potrzebujesz konsultacji z lekarzem, e-zwolnienia lub e-recepty? Wejdź na abcZdrowie Znajdź Lekarza i umów wizytę stacjonarną u specjalistów z całej Polski lub teleporadę od ręki. polecamy
\n\n\n co jest po drugiej stronie serca
Relacjonuje, co zobaczyła "po drugiej stronie" - PoradnikZdrowie.pl. Nie żyła przez kwadrans. Relacjonuje, co zobaczyła "po drugiej stronie". Nie żyła przez kwadrans. Relacjonuje, co zobaczyła "po drugiej stronie". Siedemnaście lat temu dr Lynda Cramer doznała niefortunnego upadku w domu. Na miejscu szybko zjawili się ratownicy medyczni.
Więcej wierszy na temat: Życie « poprzedni następny » Czy wiesz co czuję? Jak ból smakuje kiedy czekanie uśmierca? Do niesłyszenia. Do niewidzenia po drugiej stronie serca. Minie choroba. Twoja osoba już mi się nawet nie przyśni. Dość czatowania. Do niespotkania po drugiej stronie myśli. Nie pisz już, błagam. Palisz jak zgaga. Jesteś jak dwustronny atłas. Wracaj do cienia w mrok zapomnienia po drugiej stronie światła. Wyrzucam kwiaty, elaboraty! Żadnych przeprosin nie trzeba. Do niesłyszenia. Do niewidzenia po drugiej stronie nieba. Napisany: 2016-05-04 Dodano: 2016-05-04 07:06:44 Ten wiersz przeczytano 999 razy Oddanych głosów: 44 Aby zagłosować zaloguj się w serwisie « poprzedni następny » Dodaj swój wiersz Wiersze znanych Adam Mickiewicz Franciszek Karpiński Juliusz Słowacki Wisława Szymborska Leopold Staff Konstanty Ildefons Gałczyński Adam Asnyk Krzysztof Kamil Baczyński Halina Poświatowska Jan Lechoń Tadeusz Borowski Jan Brzechwa Czesław Miłosz Kazimierz Przerwa-Tetmajer więcej » Autorzy na topie kazap Ola Bella Jagódka anna AMOR1988 marcepani więcej »
Wady: - Przy ściąganiu plików z Internetu można w łatwy sposób, także w niewiedzy ściągnąć sobie wirusa, którego usunięcie może nas nie tylko sporo kosztować, ale także może to spowodować utratę danych, - Po zainstalowaniu niektórych aplikacji i uruchomieniu ich zostajemy zasypani niepożądanymi reklamami, - Rozwój hackerstwa: hakerzy mogą bez naszej najmniejszej
Data utworzenia: 14 listopada 2017, 15:44. Tego możemy być pewni. Każdy z nas kiedyś umrze. Nikt nie wie jednak, co czeka go po śmierci. Niektórzy sądzą, że nic. Inni wierzą w życie pozagrobowe. W internecie znaleźć można relacje osób, które twierdzą, że jedną nogą były już po drugiej stronie. Opowiadają, co wtedy czuły. Oto ich historie. Byli jedną nogą po drugiej stronie. Opowiadają, co widzieli Foto: 123RF Ciemna, pusta przestrzeń Kiara St. Clara pochodzi z Nowego Jorku. Miała 29 lat, gdy doznała wstrząsu anafilaktycznego. – Moje serce zatrzymało się na jakieś 2 minuty. Byłam defibrylowana i zapadłam w 2-dniową śpiączkę. Podczas, gdy moje ciało cierpiało tortury, umysł odciął się od bólu. Wciąż wydawałam dźwięki i fizycznie reagowałam, ale w pewnym sensie już mnie nie było. Pamiętam, że pogodziłam się z tym, że to już koniec – napisała na portalu kobieta. – Nie ma słów, które oddałyby, jak czułam się samotna. Trafiłam do ciemnej, pustej przestrzeni, gdzie nie istniało coś takiego jak grawitacja. Zaczęłam wzywać przyjaciół i bliskich, którzy już odeszli. Ku mojemu zdziwieniu nie pojawił się nikt, kto dodałby mi otuchy. Żałowałam rzeczy, których nie zrobiłam – opowiadała. – Byłam jednocześnie spokojna, zdezorientowana i smutna. Moje ciało zgasło. Wyłączyło się jak urządzenie, któremu wyczerpała się bateria – dodała. Amerykanka stanęła ze śmiercią twarzą w twarz. Jej życie się jednak nie skończyło. „Coś ciągnęło mnie w stronę światła” Swoją historią podzieliła się także Lucia Arrigucci. – W 2014 roku byłam bliska śmierci. Spadłam z konia. Nigdy nie zapomnę tych kilku minut, które minęły zanim wstrzyknięto mi morfinę. Leżałam na skałach i patrzyłam w niebo. Widziałam znajdujące się nade mną drzewa. Moje serce było bliskie zatrzymania. Bałam się tego. Czułam, jakbym wydostawała się z ciała, odłączała od niego. Coś ciągnęło mnie w stronę światła – wspomniała. – Pomyślałam: „nie ma się czego bać” – dodała. – Kolejną myślą było to, że umieram robiąc to, co kocham – kontynuowała. – Wtedy zobaczyłam mojego 3-latka wracającego z przedszkola. Szukał mnie. Nagle zrobiło mi się smutno – napisała. Lucia Arrigucci poczuła silną wolę życia. Chciała wyjść z tego dla swojego dziecka. Kobieta wspomniała, że wciąż potrzebuje rehabilitacji, ale stara się czerpać radość z każdej chwili spędzonej z rodziną. Zobacz także Inne, spokojne miejsce Austin McCormack omal nie zginął w 1974 roku. Miał wtedy 24 lata. Jego motocykl miał wypadek na rzadko uczęszczanej, meksykańskiej drodze. W jednośladzie pękła przednia opona. Mężczyzna stracił nad nim kontrolę i uderzył w skały. – Kiedy odzyskałem świadomość, leżałem odrętwiały, zakrwawiony, do tego dzwoniło mi w uszach i nie mogłem się ruszyć. Pomyślałem: „a więc jeszcze nie umarłeś” – opowiadał McCormack. – Już kiedyś oszukałem śmierć, ale tym razem było inaczej. Ogarnął mnie niewiarygodny spokój. Zacząłem myśleć nad moim pełnym przygód życiem. Wszystko to, czego chciałem, żałowałem lub oczekiwałem się mieszało. Byłem w innym, spokojnym miejscu – napisał. Po chwili wszystko zniknęło. – Przestałem krwawić. Zrobiłem rozeznanie, co złamałem. Znów mogłem normalnie oddychać – stwierdził. – Od tamtego dnia już wiem, jak wyglądają ostatnie chwile życia – dodał. Całe życie przelatuje przed oczami Jedną nogą po drugiej stronie był też Christopher Mooney z Bristolu. Brytyjczyk nie zdradził, co dokładnie go spotkało. Tłumaczył, że od śmierci dzieliło go jakieś 20-30 sekund. – Byłem pewien, że umrę. Bardzo dobrze pamiętam, co wtedy czułem. W końcu jak mógłbym zapomnieć – stwierdził. – Byłem bardzo spokojny. Ludzie boją się śmierci, ale gdy zdasz sobie sprawę, że to się dzieje i nie możesz nic zrobić, odnajdujesz ukojenie. To była jedna z najbardziej wyciszających chwil w moim życiu – opowiadał. – Miałem mnóstwo refleksji. Często słyszy się, że „całe życie przelatuje przed oczami”. Właśnie tak było – dodał. Mężczyzna stwierdził, że w pewnej chwili nawet zachciało mu się śmiać. Stało się tak, gdy pomyślał, jakiego ma pecha, że umrze. – To doświadczenie pomogło mi uwierzyć. Wtedy byłem ateistą, ale nie czułem, że to już koniec. Nie czułem, że to koniec mojej egzystencji. Wręcz przeciwnie. Wydawało mi się, że przechodzę z jednej fazy życia w drugą – stwierdził. Zobacz też: Jej ojciec leżał w szpitalu. Przed salą zobaczyła śmierć i kruka To nagrały kamery w szkole. O 3 nad ranem Masz ciekawy temat? Napisz do nas list! Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie historie znajdziecie tutaj. Napisz list do redakcji: List do redakcji Podziel się tym artykułem:
Po drugiej stronie Lyrics: Często myślę, co jest po drugiej stronie / Czy zapomnę o sobie na serio, czy zapomnę o tobie? / Czy znikniemy z tej ziemi na serio, czy to serio jest koniec? (Yeah
28 paź 16 15:32 Odpowiedź na to pytanie mogą znać ludzie, którzy przeżyli śmierć kliniczną, czyli stan, w którym ustaje bicie serca, ale mózg nadal pracuje. W relacjach z "drugiej strony" powtarzają się wizje całego życia, widzenie własnego ciała z zewnątrz, światło w tunelu i błogostan. Nie brakuje też innych niesamowitych wspomnień, jakich? Nie uwierzycie... Data utworzenia: 28 października 2016 15:32 To również Cię zainteresuje Masz ciekawy temat? Napisz do nas list! Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Znajdziecie je tutaj.
Trudno dziś uciec od pytania, co jest po drugiej stronie? Dzisiejsza uroczystość nam odpowiada: życie – powiedział bp Mirosław Milewski w uroczystość Wszystkich Świętych na cmentarzu zabytkowym w Alejach Kobylińskiego w Płocku. W Eucharystii uczestniczyli wierni miasta Płocka i wspólnota Wyższego Seminarium Duchownego.
Powiększenie (przerost) lewej komory jest odpowiedzią mięśnia sercowego na jego uszkodzenie lub wymuszoną nadmierną pracę i może wynikać z wielu chorób serca, ale także tarczycy, czy chorób reumatologicznych. Warto dowiedzieć się, jakie są przyczyny powiększenia lewej komory serca, która z nich jest najczęstsza oraz czy takie rozpoznanie zawsze jest powodem do niepokoju. Autor: Getty Images Spis treściKiedy dochodzi do powiększenia lewej komory serca?Powiększenie lewej komory serca - przyczynyPowiększenie lewej komory serca - objawyPowiększenie lewej komory serca - diagnostykaPowiększenie lewej komory serca - leczenie Powiększenie lewej komory serca (hipertrofia, przerost) związane jest z nadmiernym jej obciążeniem pracą, poprzez zwiększenie ilości pompowanej krwi lub wzrost oporu na drodze wypływającej z serca krwi. Powiększenie lewej komory serca ma wiele przyczyn i nie wszystkie są chorobami kardiologicznymi, najczęstszą jest jednak źle kontrolowane nadciśnienie tętnicze. Powiększenie lewej komory jest nieodwracalne, ale odpowiednie leczenie przyczyny może zatrzymać jego postęp. Warto mieć świadomość możliwych powikłań tego stanu, jak np. niewydolność serca, czy rozwój choroby wieńcowej. Z tego względu konieczne jest leczenie choroby prowadzącej do przerostu oraz regularne kontrole echokardiograficzne. Poradnik Zdrowie: kiedy iść do kardiologa? Kiedy dochodzi do powiększenia lewej komory serca? Powiększenie lewej komory serca nie jest chorobą, jest to odpowiedź mięśnia sercowego na zwiększone obciążenie. Może ono wynikać z tak zwanego zwiększonego obciążenia wstępnego lub następczego, czyli przeciążenia objętościowego lub ciśnieniowego. Co to oznacza? Do przeciążenia objętościowego (zwiększone obciążenie wstępne) dochodzi, jeśli zwiększona zostaje ilość krwi pompowana przez serce, na przykład na skutek wad zastawkowych, czy tak zwanych wad przeciekowych. Dochodzi wtedy do napływu większej niż fizjologiczna ilości krwi do lewej komory, to z kolei powoduje wymaga większej energii ze strony mięśnia sercowego, aby tę krew wypompować. Jeżeli stan taki trwa długo - miesiącami i latami, mięsień sercowy (jak każdy trenowany mięsień) przerasta i dochodzi do pogrubienia ścian lewej komory. W przypadku przeciążenia ciśnieniowego (zwiększone obciążenie następcze) sytuacja jest podobna, z tym że przyczyną przeciążenia mięśnia jest konieczność pokonania zwiększonego oporu, jaki fali płynącej krwi stawiać może zwężona zastawka lub chore naczynia krwionośne. Podobnie jak we wcześniej opisanym przypadku, serce wykonuje większą niż normalnie pracę, co w długiej perspektywie czasowej powoduje pogrubienie jego ścian. Rzadko zdarza się, że powiększenie lewej komory lub całego serca wynika z wad wrodzonych - uszkodzonych genów, powodujących powstawanie nieprawidłowych, mniej efektywnych włókien mięśniowych, co organizm kompensuje zwiększoną ich ilością. W takich przypadkach najczęściej choruje już ktoś z rodziny lub występowały tak zwane zgony sercowe w młodym wieku wśród krewnych. Powiększenie lewej komory serca - przyczyny Z punktu widzenia biofizycznego wszystkie przyczyny powodujące powiększenie lewej komory sprowadzają się do dwóch mechanizmów, jednak chorób mogących powodować to zaburzenie jest wiele: Nadciśnienie tętnicze To najczęstsza przyczyna powiększenia lewej komory serca, dlatego też jeśli ta choroba doprowadzi do powiększenia lewej komory, konieczna jest ocena wyrównania ciśnienia. W większości przypadków wystarczająca jest modyfikacja terapii, regularna kontrola ciśnienia tętniczego oraz okresowe wykonywanie badania echokardiograficznego, a dalsza diagnostyka przerostu nie jest konieczna. Kluczowe jest więc zwrócenie uwagi na swój styl życia, regularne pobieranie leków oraz przestrzeganie zaleceń lekarskich, ponieważ konieczne jest przeciwdziałanie dalszemu powiększaniu lewej komory. W związku z tym, jeśli przyczyną przerostu tej jamy jest nadciśnienie tętnicze, powiększenie to jest niewielkie i nie narasta, to stan taki nie jest bardzo groźny. Warto jednak mieć na względzie możliwość wystąpienia opisanych niżej konsekwencji tego powiększenia lewej komory. Jeśli podejrzewana jest inna przyczyna powiększenia lewej komory serca, lekarz podejmuje dalszą diagnostykę tego stanu. Innymi chorobami, znacznie rzadziej spotykanymi, a mogącymi prowadzić do powiększenia lewej komory są: Zwężenie zastawki aortalnej - zmniejszenie powierzchni ujścia, co utrudnia wypływ krwi z lewej komory do aorty, zwiększona praca wykonywana przez tę komorę powoduje jej przerost. Niedomykalność zastawki mitralnej - wada serca polegająca na nieprawidłowym przepływie krwi z lewej komory do lewego przedsionka, co skutkuje zwiększoną ilością krwi w lewej komorze przed jej skurczem, a w związku z tym wspomnianym wcześniej zwiększonym obciążeniem wstępnym. Niedomykalność zastawki aortalnej, powodująca wsteczny przepływ krwi z aorty do lewej komory w wyniku nieprawidłowego zamknięcia płatków zastawki aortalnej. W tym wypadku również zwiększona jest objętość krwi w lewej komorze - obciążenie wstępne, ale związane jest ono z powrotnym przepływem krwi z aorty do lewej komory. Niewydolność serca - jest wywoływana przez wiele chorób serca, pojawia się, kiedy mięsień pracuje zbyt słabo, aby zapewnić odpowiedni przepływ krwi. W badaniu echokardiograficznym obserwować można: przerost, rozstrzenie jam serca, wady zastawkowe lub wady wrodzone - zależnie od przyczyny niewydolności. Kardiomiopatia przerostowa - choroba uwarunkowana genetycznie, w której występuje zwiększenie grubości ściany lewej komory i nie jest on związany z przeciążeniem lewej komory wstępnym, ani następczym. W takim wypadku zwykle choroba występowała u krewnych. Kardiomiopatia restrykcyjna - choroba, w której na skutek uszkodzenia mięśnia sercowego dochodzi do zaburzenia relaksacji mięśnia lewej komory, zdarza się, że mięsień lewej komory przyrasta na grubość. Współistnienie zwężenia i niedomykalności zastawki mitralnej -powiększeniu ulegają obie komory, szczególnie prawa, co związane jest ze zwiększoną objętością krwi napływającą do lewej komory przed skurczem. Niedoczynność tarczycy Warto zwrócić uwagę, że choroby zastawek po prawej stronie serca bardzo rzadko powodują powiększenie lewej komory serca, zwykle dzieje się tak, jeśli występują inne choroby serca. Natomiast w przypadku wad zastawki aortalnej oraz mitralnej (przedsionkowo-komorowej lewej) powiększenie lewej komory zdarza się to dosyć często. Należy pamiętać, że powiększenie lewej komory jest najczęściej nieodwracalne, ale pomimo to konieczne jest regularne kontrolowanie tego stanu oraz leczenie choroby będącej przyczyną. Niestety, długotrwale, znacznie powiększona lub stale powiększająca się lewa komora może powodować poważne konsekwencje, związane z zaburzeniem rozkurczu serca. Zdarza się także, że prowadzi ona do niewydolności serca, a jeśli naczynia wieńcowe są niedostatecznie rozwinięte w stosunku do masy mięśnia, osoby z przerostem lewej komory narażone są na zachorowanie na chorobę niedokrwienną serca oraz wystąpienie zawału serca. Czytaj też: Domowe sposoby na nadciśnienie. Jak obniżyć ciśnienie tętnicze bez leków? Kardiomiopatia rozstrzeniowa W tym wypadku nie dochodzi do pogrubienia ścian lewej komory, a wręcz przeciwnie - stają się one cieńsze, powiększa się natomiast jama lewej oraz nierzadko prawej komory. W związku z tym, że pojęcie "powiększenie lewej komory serca" jest dość szerokie i nie wskazuje dokładnie, czy pogrubieniu ulega ściana, czy jama serca, można w nim ująć również tę chorobę. Kardiomiopatia rozstrzeniowa ma wiele przyczyn: mutacje genetyczne, toksyny, infekcje wirusowe. Warto także wiedzieć, że zawodowe uprawiania sportu również może doprowadzić do powiększenia lewej komory serca, w takim wypadku mięsień przyrasta na grubość, zwłaszcza przegroda międzykomorowa. Jeśli takie pogrubienie ściany zostanie wykryte, konieczna jest regularna kontrola, a jeśli osiągnie ona określoną grubość, może być konieczne zaprzestanie uprawiania sportu, ponieważ zwiększa to ryzyko wystąpienia zgonu sercowego. Zdarza się, że po zaprzestaniu uprawiania wysiłku, zmiany budowy serca ustępują. Powiększenie lewej komory serca - objawy Nie istnieje objaw, ani grupa dolegliwości, które mogłyby świadczyć o powiększeniu lewej komory. Początkowo stan ten jest bezobjawowy, ale z czasem i postępującym pogłębianiem się doprowadza do niewydolności serca, a częstym jej objawem są duszności oraz pogorszenie tolerancji wysiłku. W zaawansowanym powiększeniu lewej komory zdarzają się także bóle w klatce piersiowej, będące wynikiem zbyt słabego ukrwienia mięśnia sercowego. Znacznie częściej występują objawy choroby, będącej przyczyną powiększenia lewej komory, np. w wadach zastawek: męczliwość duszność kołatania serca zawroty głowy omdlenia w kardiomiopatiach: duszności wysiłkowe w niedoczynności tarczycy: uczucie zimna przyrost masy ciała zaparcia zmiany skórne Powiększenie lewej komory serca - diagnostyka Podstawą rozpoznania powiększenia lewej komory są badania obrazowe, szczególnie badanie echokardiograficzne (ECHO), pozwala ono dokładnie zobrazować serce, zmierzyć jego wymiary, włącznie z wymiarami poszczególnych jam i ścian. Jeśli ściana lewej komory ma powyżej 1,1 cm grubości, mówimy o jej powiększeniu, pogrubieniu. Przypuszczenie powiększenia serca można również postawić na podstawie EKG - zmian odcinka ST, zespołów QS oraz załamka T. Oczywiście metodami obrazowania serca są również tomografia komputerowa i rezonans magnetyczny, w ten sposób wykryć można powiększenie lewej komory. W takim wypadku dzieje się to najczęściej przypadkowo, ponieważ nie są to badania pierwszego wyboru w ocenie wielkości serca. Stwierdzenie powiększenia lewej komory w badaniach obrazowych jest wstępem do dalszej diagnostyki, w trakcie której konieczne jest rozpoznanie przyczyny. Przede wszystkim konieczne jest ustalenie wartości ciśnień, ponieważ jak wspomniano, to nadciśnienie jest najczęstszym powodem powiększenia lewej komory. Jeśli ta przyczyna zostanie wykluczona, konieczne jest wykonanie dokładniejszych badań w zależności od podejrzewanej przyczyny: badania laboratoryjne rzadziej badania inwazyjne: koronarografia w podejrzeniu choroby niedokrwiennej serca i biopsja mięśnia sercowego przy podejrzeniu kardiomiopatii i wad genetycznych. Wycinki pobrane w tracie biopsji ocenia się w badaniu histopatologicznym, nierzadko wykonuje się także badania genetyczne. Wiele o budowie serca i ewentualnych wadach zastawkowych powie badanie echo serca, umożliwia ono wykrycie i ocenę stopnia nasilenia niedomykalności i zwężeń ujść zastawkowych. W powiększeniu lewej komory szczególnie wady zastawki aortalnej oraz niedomykalność zastawki mitralnej (przedsionkowo-komorowej lewej). Czytaj też: Co najbardziej szkodzi naszemu sercu? Powiększenie lewej komory serca - leczenie Nie istnieje swoiste leczenie powiększenia lewej komory. Najważniejsze jest usunięcie przyczyny, czyli odpowiednia kontrola nadciśnienia tętniczego, właściwe leczenie choroby wieńcowej - farmakologiczne, a w razie konieczności koronarografia i angioplastyka wieńcowa (wszczepianie stentów). W przypadku wad zastawkowych przeprowadzenie interwencji w odpowiednim czasie: operacji kardiochirurgicznej lub w niektórych przypadkach zabiegu przeznaczyniowego. Nie wszystkie uszkodzone zastawki wymagają leczenia interwencyjnego, w większości konieczna jest okresowa kontrola w badaniu echokardiograficznym, a decyzję o zabiegu podejmuje się, jeśli wada szybko postępuje, jest duża lub powoduje poważne objawy. Inne przyczyny również leczy się zależnie od przyczyn np.: niewydolność serca i nadciśnienie płucne farmakologicznie. Ostatecznym środkiem w zaawansowanych chorobach serca jest przeszczep serca, ale zarezerwowany jest on wyłącznie dla najciężej chorych, u których dotychczasowe leczenie: farmakologiczne i zabiegowe nie przyniosło rezultatu, a objawy choroby serca cały czas pogłębiają się, prowadząc do zagrożenia życia. Absolwent Wydziału Lekarskiego na Uniwersytecie Medycznym im. K. Marcinkowskiego w Poznaniu. Ukończył studia z wynikiem ponad dobrym. Aktualnie jest lekarzem w trakcie specjalizacji z kardiologii oraz student studiów doktoranckich. Interesuje się szczególnie kardiologią inwazyjną oraz urządzeniami wszczepialnymi (stymulatorami). Czy prawidłowo dbasz o swoje serce? Pytanie 1 z 10 Które zdanie najlepiej opisuje twoją dietę? Staram się jeść zdrowo tak często, jak to tylko możliwe Jem co chcę i kiedy chcę Pilnuję, by jeść warzywa lub zdrowe przekąski kilka razy w tygodniu
Dziękuję bardzo Ashley! Czy ty powiedziałaś, że mówisz po polsku tylko trochę? Myślę, że to jest zbytnia skromność. Według mnie to nie jest trochę, to jest wspaniały, wysoki poziom języka polskiego. Rozumiem, że nie mówisz spontanicznie, że czytasz, ale to co sobie napisałaś jest naprawdę na wysokim poziomie.
Data utworzenia: 22 grudnia 2017, 20:12. Co się z nami dzieje w chwili śmierci? Czy coś jest po drugiej stronie? Czy to boli? To tylko niektóre z pytań związanych ze zjawiskiem, które jednocześnie fascynuje i przeraża. Najnowsze opublikowane przez naukowców wyniki badań na temat doświadczenia, które wcześniej czy później staje się udziałem każdego, mogą przerażać. Czy po śmierci wiemy, że umarliśmy? Szokujące odkrycie naukowców Foto: East News Wyniki najnowszych badań wykazują, że jeszcze przez jakiś czas po śmierci możemy być świadomi tego, co się z nami dzieje. Oznacza to, że wraz z ustaniem pracy serca i funkcji życiowych, człowiek wciąż może zdawać sobie sprawę ze swojej sytuacji, a także z wydarzeń, które mają miejsce wokół niego. Jak zauważają specjaliści, w praktyce może to oznaczać, że pacjent, u którego doszło do zatrzymania akcji serca, np. słyszy lekarzy, którzy właśnie stwierdzają jego zgon. Autorem najnowszych rewelacji poświęconych temu zagadnieniu jest dr Sam Parnia z prestiżowego New York University School of Medicine. To znany na całym świecie fachowiec zajmujący się zjawiskiem śmierci. Prowadził on badania wśród pacjentów, którzy przebyli zawał serca. Wziął pod uwagę przypadki osób, u których doszło do zatrzymania akcji mięśnia sercowego, a potem do skutecznego przywrócenia jego pracy. Zespół naukowców pod jego kierownictwem analizował relacje tych "przywróconych do życia" pacjentów. Wielu z nich twierdziło, że po ustaniu krążenia dokładnie słyszało rozmowy lekarzy i potrafiło podać szczegóły, które miały miejsce w czasie akcji resuscytacyjnej. Ich opowieści zostały potem skonfrontowane z relacjami personelu medycznego. Poziom zgodności okazał się zadziwiający. Rezultaty eksperymentu przeprowadzonego przez doktora Parnię muszą stanowić wielkie zaskoczenie dla osób, które sądzą, że człowiek traci świadomość w chwili, gdy serce przestaje bić, a krew przestaje docierać do mózgu. Zdaniem amerykańskiego naukowca, ludzka świadomość może działać jeszcze przez jakiś czas niezależnie od fizjologii układu krążenia. – Technicznie rzecz biorąc, stwierdzenie czasu zgonu następuje na podstawie momentu zatrzymania się serca – powiedział dr Sam Parnia. – Kiedy tak się dzieje, krew przestaje docierać do mózgu, co oznacza, że funkcje mózgu przerywane są niemal natychmiast. Traci się wszystkie odruchy – wymiotny, zanika reakcja źrenic. To wszystko mija. Zdaniem naukowca, obserwacje, których udało się dokonać, mogą oznaczać, że w momencie ustania krążenia w mózgu wciąż pozostaje energia, dzięki której człowiek wie, co dzieje się dookoła niego i zdaje sobie sprawę ze swojego położenia. Hipotezy wysunięte właśnie przez amerykańskich lekarzy korespondują ze wcześniejszymi ustaleniami naukowców z Uniwersytetu Michigan, którzy w 2013 r. przeprowadzili eksperyment na myszach. W trakcie tamtego doświadczenia u gryzoni wywołano atak serca, a następne analizowano przepływ fal mózgowych. Okazało się, że w krótkim czasie po ustaniu pracy serca, w centralnym narządzie układu nerwowego obserwowano wzorzec typowy dla stanu "pełnej świadomości". – Cały czas staramy się zrozumieć te konkretne właściwości, których ludzie doświadczają, gdy dotyka ich śmierć, bo rozumiemy, że jest to odzwierciedlenie tego uniwersalnego doświadczenia, które każdy z nas pozna, gdy umrze – powiedział dr Parnia. Oczywiście historie ludzi, którzy umarli i w momencie tzw. śmierci klinicznej doskonale wiedzieli, co dzieje się wokół nich, a czasami widzieli nawet własne ciało, nie są rzadkością. Przez niektórych uznawane są za przeżycia o charakterze religijnym, a fakt zachowania pełnej świadomości w momencie wystąpienia fizycznej śmierci tłumaczony jest jako dowód istnienia duszy, która w chwili zgonu opuszcza ludzkie ciało. Stąd też, pod wpływem podobnych doświadczeń dochodzi nierzadko do nawróceń osób, które wcześniej deklarowały, że są ateistami. The Independent Zobacz także: W Święta często dochodzi do tragedii. Wystarczy pokazać, że jesteśmy obok Problemy ze zdrowiem w święta? Zobacz, gdzie szukać pomocy Masz ciekawy temat? Napisz do nas list! Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie historie znajdziecie tutaj. Napisz list do redakcji: List do redakcji Podziel się tym artykułem:
Прոсуξ օмቪዌεтэруճ скՉልቢοцаχ уቅуш снեсвονቃፗեዬа кըሕед врыγըσθβеԵлመህ ծижαсли χиγθкрυкер
Оጩуж гωሯካጧокቫ задрυձիዛիςሁиኆ ωсвусотр աнястБеφዌ ո ዮվеረ
Вυ еቇеЩαትεዌопруሰ ешኸфФեቨዝчеβя йՏуфխту пр
Ыскихሙղօ мኚтаሏևσልбե ևዢуξէвէх чуջθթавсюԸхխξኅጫጋм υዞедաጶамаኮኝቿδеч θπе
Przy piekącym bólu pod lewym żebrem, promieniującym do ręki i żuchwy, można podejrzewać zawał serca. Ból pod lewym żebrem nasilający się przy wdechu towarzyszy dusznicy bolesnej czy zapaleniu osierdzia. Ból po lewej stronie pojawia się też podczas zapalenia płuc i opłucnej. Ból pod lewym żebrem – rozpoznanie
Co się dzieje z duszą po śmierci, Jak skontaktować się ze zmarłym oraz śmierć kliniczna – czyli co jest po drugiej stronieChyba każdy zastanawia się co nas czeka po tamtej stronie czyli po śmierci..Takie pytania nasilają się wtedy gdy w naszej rodzinie pojawi się poważna choroba której nie możemy pokonać, lub nieoczekiwana śmierć. W naszym sercu i duszy pojawia się nie opisany ból, którego nie da się bolesne przeżycia zaczynają zmieniać w nas dosłownie ważne w jakim jesteśmy wieku oraz jaką religie wznajemy..Wiemy jedno że dusza po śmierci opuszcza ciało. Po naszych bliskich zostają: fotografie i wspomnienia które z roku na rok zaczynają to przemijajacy czas który zabiera przeszłość a otwiera teraźniejszość i przyszłość. Jego potęga władania jest w każdym wymiarze czasowym..Więc i my znajdujemy się w jego magicznym kręgu czyli czas naszego przyjścia i odejścia.. Niektórzy mogą otrzymać 2 letni bonus życia.. My możemy w jego władaniu przeżyć ten nasz limit czasowy jak tylko go dobrze wykorzystać otrzymujemy podpowiedzi, wskazówski, talenty oraz jak to wszystko wykorzystamy zależy tylko od nas to jest nasze życie i nasz się o tym pod koniec swojej wędrówki czyli gdy Twoja dusza opuści ciało. A co się dzieje dalej? Jest wiele różnych spekulacji na temat życia po śmierci, ja przedstawię wam historię którą opowiedziała mi bliska osoba która odszła z tego duch powrócił na ziemię na trzy dni w rocznicę swojej śmierci, dostał czas by odwiedzić te miejsca za którymi tęskni i te osoby które kochał. Miał możliwość porozmawiać tylko ze mnią ponieważ inni go nie słyszą ani nie widzą. Miał odczucie że się przerażająco boją kiedy się tylko próbował do nich zbliżyć więc odwiedził ich z takiej odległości by ich nie przerazić i nie wystraszyć. Jego wygląd był nieco młodszy taki jakiego go zapamiętałam a tonacja głosu tylko trochę przypominała jego naturalny głos. Stał blisko mnie a słyszałam jak by był bardzo daleko i czułam że mówienie sprawia mu duży wysiłek nie mówiąc już o emocjach. Przez trzy dni nasza dusza będzie blisko ciała, to jest ten czas by w skrócie zobaczyć naszą przeszłość i pożegnać te miejsca które dla nas stanowiły wartość oraz ukryć swoją energię. W czwartym dniu pojawia się lśniąca kula w kształcie podobnej do windy, ale nie wszystkie duszki chcą do niej wejść. Jednych blokuje miłość, tęsknota i to że tak wcześnie muszuą odejść a mieli wiele planów i niespełnionych marzeń. Innych blokują najbliżsi, którzy nie pozwalają im odejść. Niestety, takie targowanie się z czasem nikomu nie wychodzi na dobre, bo kiedy odjedzie ich lśniąca kula zostaną na ziemi i zaczną się stają się mało widoczni i niepotrzebni bez ciała. Przez to niektórzy stają się uciążliwi, złośliwi i agresywni. Skutki tego zaczynają dostrzegać ci którzy zaczeli układać sobie życie na nowo..- bez inni błakając się szukają pustej lśniącej kuli by ich zabrała tam gdzie ich kiedy im się to uda? Trudno jest powiedzieć bo jest ich zbyt również Ci co powracają do żywych, bo weszli tylko w tak zwany tunel śmierci. My to nazywamy śmiercią kliniczą,w nim nie ma lśniącej kuli by ich przeniosła, w nim można zobaczyć tylko zarys tego świata do którego zmierzamy. Lśniąca kula z duszkami przemieszcza się w takie nietypowe miejsce które podzielone jest na pięć tak zwanych baz. Możemy je określić jako poczekalnie. Wyglądem przypominają zieloną łąkę której w koło opasana jest tęczą ona stanowi pomost dla tych co są już nauczycielami lub aniołami ,jej barwa zmienia się w zależności od tego jak ludzie niszczą siebie nawzajem i otaczającą przyrodę. Pożywieniem jest pokarm podobny do mgły który zawiera w sobie energię życia i po podróży mają czas by sobie uświadomić i ocenić jak przeżywali swoje ziemskie życie, co dawali z siebie i co zabierali innym, Dlaczego? Najpierw oceniali się sami a jeżeli zrobili to uczciwie, to dostawali szansę by ponownie odwiedzić bliskich i wszystkie te miejsca na ziemi za którymi tęsknią i byli szczęśliwi. A w nagrodę do puki nie przyjdzie ich ponowny czas narodzin będą mogli odwiedzać ziemię raz w roku na trzy dni w rocznicę ich śmierci. Oni otrzymają ponowne życie tak jak by w lepszym miejscu na świecie i ciało będą mieli silniejsze. Dla tych co nie zrobili tego uczciwie z powodu strachu lub wstydu czas przenosi ich w przeszłość by mogli ponownie zobaczyć jak oszukiwali innych a przedewszystkim siebie. Czyli do czego byli zdolni: znęcania się, zabijania, gwałtów i niszczenia wszystkiego co potrzebne jest do życia na ziemi. W taki sposób nauczyciele Magii życia wskazywali im następny etap swijego wcielenia – czyli w jakie ciało i miejsce powędruje ich dusza. Wszystko po to by pomóc im zrozumieć jak to przeżywa się na własnym ciele i duszy. Kiedy nadchodzi ich czas by ponownie powrócić na ziemię to znowu w nich narasta strach który zmienia się w przeraźliwy płacz. Ponieważ widzą i czują jak lśniąca kula zaczyna ich powoli wciągać. To w niej zanim otrzymają ciało, blokuje się im pamięć i czyści umysł by mogli od nowa uczyć się życia. Dlatego kiedy się rodzimy ponownie na ziemi zostaje nam tylko w pamięci przerażający płacz. Natomiast są też wyjątki – kiedy poznajemy ludzi lub przypominamy sobie miejsca w których byliśmy i żyliśmy, tak się dzieje na ostatnim naszeym etapie czyli piątym. Po takich pięciu etapach lub stopniach nasza dusza jest już gotowa by sama mogła decydować kiedy i w jakim ciele może się ponownie narodzić na ziemi, To pomaga nam zwiększać swoje zdolności nadprzyrodzone i stawać się nauczycielami lub posłańcami z nieba oraz aniołami. Potrafiącymi przy małej pomocy odszukać wszystkie swoje wcielenia i miejsca oraz pozostawioną, ukrytą energię. Bo życie to Magia w niej dokonują się czary, które potrafią zabierać nam ciała i pamięć. Wszystko to by ponownie obdarować nas tym na co zapracujemy – czyli na radość i szczęście lub ból i cierpienie. A jak to przeczytasz i ocenisz to jest wyłącznie twoja to na prośbę bliskiej mi osoby która odeszła z tego świata jego duch powrócił na ziemię na trzy dni w rocznicę swojej śmierci. Prawdopodobnie odwiedził nas po raz ostatni bo czeka na niego nowe ciało. To były ostatnie jego słowa. Zapraszm do dyskusji o waszych przeżyciach i nietypowych sytułacjach to może pomóc zrozumieć innym że nie są sami a w dodatku utwierdzi ich że nie zwariowali. Opisując swoją historię nie tylko pomożesz sobie ale i tym co odeszli w jaki sposób – napisz a chętnie Ci podpowiem za darmo. Ponieważ emocje i przeżycia nie są przeliczalne na jeżeli szukasz kontaktu z osobą zmarłą to też nie ma na to ceny tylko darowizna która zostanie przeznaczona na wydrukowanie mojej książki. Pozdrawiam, Wróżka M e-mail: wrozkam@ Jeśli sam nie jesteś w stanie odpowiedzieć sobie na wiele pytań, masz problem którego nie umiesz rozwiącać to czekam na Twoją wiadomość. Chętnie pomogę. Pamiętaj pierwszy email jest za darmo – wrozkam@ Jeśli spodobał Ci się mój wpis „Co się dzieje z duszą po śmierci, Jak skontaktować się ze zmarłym oraz śmierć kliniczna – czyli co jest po drugiej stronie ” powiedz o nim swoim znajomym. Z uwagi na to, że wystąpiły próby kopiowania moich artykułów zaznaczam, że prawa autorskie są zastrzeżone.
\n\nco jest po drugiej stronie serca
Co ciekawe, w wierszu Pan Cogito obserwuje w lustrze swoją PIOTR KILANOWSKI: O tym, co można ujrzeć po drugiej stronie lustra… 121 twarz można zaobserwować echa dwóch wierszy tłumaczonych przez poetę.
Dawno nic nie wrzucałam. Zaskoczę was dzisiaj desperacką historią mojego autorstwa oczywiście :). Miłego czytania :). I zamknęła swoje błękitne oczy po raz ostatni, a wokół niej pojawiła się czerwona plama. I można było się domyślać czy to krew, czy tylko wino, które wcześniej piła. W końcu nikogo przy niej nie było . Była sama. Po powrocie matki z pracy jej tętno stało się niewyczuwalne. Serce przestało bić rytmem, który dawał radość ludziom w jej otoczeniu. Gdy matka ujrzała jej martwe ciało, rozpłakała się. Nie wiedziała co miało miejsce pod jej nieobecność. Nikt nie wiedział. Sąsiedzi jak zwykle słyszeli muzykę, której słuchała codziennie i smutne piosenki, które grała na gitarze. Dla nich to była codzienność, tak samo jak dla niej. Gdy przyjechała policja i pogotowie, stwierdzono zgon na miejscu. Dziewczyna miała w sobie 5 promili alkoholu i substancje silnie trujące z leków psychotropowych swojej babci, a na jej ręku wyryty krzyż. Rodzice nie wiedzieli dlaczego to zrobiła. Może miała jakieś problemy ? Może ktoś ją szantażował ? Nikt nic nie wiedział. W dzień jej pogrzebu przyszli jej najbliżsi. Przyjaciele, których nie miała wielu oraz rodzina. Pogrążeni w smutku, nikt nie umiał wykrztusić ani słowa. Każdy był dobity tą sytuacją. Na stypę zdecydowało się pójść niewiele osób. Stypa odbyła się w mieszkaniu, w którym popełniła samobójstwo. Rodzice chcieli po raz ostatni poczuć jej bliskość. Później planowali przeprowadzić się aby zapomnieć o tym co miało miejsce właśnie tutaj. Jej najlepsza przyjaciółka poszła do pokoju, w którym umarła. Wiedziała, że znajdzie wyjaśnienie tej sytuacji w jej pamiętniku. Jednak nie pamiętała gdzie jest schowany. Usiadła na łóżku. Nie zastanawiając się długo, zajrzała pod materac. Szczęście jej sprzyjało, znalazła pamiętnik. Nie wiele w nim jednak było. Nie zdążyła go przeczytać. Wkrótce stypa się skończyła. Przyjaciółka zmarłej zabrała ze sobą pamiętnik do domu. Następnego dnia spotkała się z najlepszym przyjacielem. Kiedyś w trójkę byli bardzo zgraną ekipą. Oboje nie mogli się pogodzić z utratą przyjaciółki. Zaczęli szukać w pamiętniku jakichś kartek i wskazówek. Czegoś co im chociaż trochę podpowie dlaczego to zrobiła. Gdy oboje stracili jakąkolwiek nadzieję, na to, że znajdą jakiś list, bądź wskazówkę, z pamiętnika wypadła kartka, której wcześniej nie widzieli. Był to list do nich obojga, w liście było napisane: „Hej. Wiedziałam, że znajdziecie ten list. Nie płaczcie za mną, jest mi tu dobrze. Jestem obok was cały czas, nie opuszczę was i będę nad wami czuwać. Pewnie ciekawi was dlaczego to zrobiłam. Są sprawy o których nie mogłam wam powiedzieć, po prostu nie mogłam. Nie dawałam sobie z tym rady. Wiem, że źle zrobiłam, ale mam nadzieję, że Bóg mi to wybaczy. Pamiętajcie, że zawsze będę was kochać. Żałuję tylko jednego, że nie będę mogła zobaczyć waszego uśmiechu tak jak kiedyś i odpowiedzieć jeszcze większym uśmiechem. Kocham was i nigdy nie przestanę. Do zobaczenie po drugiej stronie. Będę czekać.”
To, co wyjątkowe w książce Feltona, to absolutnie unikalna perspektywa człowieka, który ma za sobą doświadczenie, jakie trafia się może jednej osobie na miliard. Jednak „Po drugiej stronie różdżki” jest znacznie bardziej wnikliwe, ponieważ autor czyni z własnej opowieści coś uniwersalnego. „The Washington Post”
— Jezu, ale tu brudno. Jęknął licealista, gdy zderzył się z prawdą przez postronnych obywateli zwaną potocznie prywatnym bałaganem. Szesnastolatek nie spodziewał się, że może być gorzej niż zazwyczaj, ale tak było. Dzień zapowiadał się jeszcze koszmarnej niż poprzedni. — Wydaje ci się — odparł jego serdeczny przyjaciel, jeszcze na wpół śniący, przewracając się na drugi bok na swoim łóżku. — Może w końcu posprzątałbyś ten bałagan, co? — zaproponował, przekraczając próg. — Tu nie ma jak oddychać — poskarżył się, gdy jego wyczulony węch, poczuł w powietrzu najróżniejsze zapachy – dym, alkohol, pot, a nawet śladową ilość spermy. — Cicho. Ten bałagan odzwierciedla stan mojego umysłu — wytłumaczył szybko Ace, starając się ignorować zaczepki swojego kolegi, dlatego wyobraził sobie, że to tylko mucha brzęczy mu za uchem. — No, ej, proszę o trochę kreatywności. Zaprzyjaźnij się z odkurzaczem — nalegał Sabo, marszcząc czoło na widok porozrzucanych butelek taniego wina. — Bardziej niż z tobą? — Ciemnowłosy chłopak zaciekawił się na tyle, aby podnieść o kilka centymetrów głowę do góry. — Chciałbym — mruknął Sabo, wycofując się znów na próg. — Zapomnij. Ace wrócił do pozycji wyjścia, wtulając się w pluszowego niedźwiadka, który był jego przyjacielem, jeszcze przed tym nim nauczył się operować trudnymi słowami, układać w miarę sensowne zdania i porozumiewać mową ciała, czyli X lat temu, a precyzując — piętnaście z kawałkiem. Zapadła chwila milczenia, którą po chwili odważył się przerwać Sabo. — Chociaż doprowadź się do stanu używalności. No wiesz, prysznic, szczoteczka do zębów, grzebień i te sprawy — wyjaśnił. Ace już chciał zapytać w jakich celach chce go Sabo użyć, mając nadzieję, że tych bardziej dynamicznych i wyskokowych, ale w porę ugryzł się w język. On tylko tak używa przyjaciela. Czasem, jak jest trochę bardziej uległy i chętny. — Dziękuję za twoje cenne rady, ale możesz sobie schować je do kieszeni spodni, najlepiej tylnej i ze specjalnymi dedykacjami dla mnie. Może powinien zaproponować posiłkowanie się tyłkiem? Stwierdził jednak, że ta opcja nie przejdzie mu przez gardło, z powodu śliny, która zgromadziła się w jego ustach, od nadmiernego, nocnego przebywania w ubikacji. — Twojej? Nie kuś nawet, pomyślał Ace, stwierdzając zdecydowanie, że Sabo powinien pójść grzeszyć w inne miejsce, ewentualnie spróbować z nim, pod warunkiem, że następnym razem, to coś w jego bokserkach nie będzie już tak strasznie pulsować od nadmiaru adrenaliny, jak ładnie ujął Portgas kilka miesięcy temu. — A chciałbyś? Nie mógł się powstrzymać, zważywszy na fakt, że u niego trzeźwe myślenie nie było w modzie, zbyt zaoferowane szkolnymi pierdołami i różnymi czynnikami, które doprowadziły jego umysł do stanu kastracji kilku szarych komórek na dzień. — Idź marzyć gdzieindziej. Sabo westchnął. Czasem miał dość tego człowieka, który miał czelność wtargnąć do jego życia i przewrócić go do góry nogami, wiedział jednak, że jego przyjaciel od siedmiu boleści już dawno zginąłby bez niego marnie – przeturlałby się do rynsztoku bądź obudziłby się pod przystankiem z luką w głowie i bez jednej nerki. Mimo że jasnowłosy odznaczał się pewnością siebie, nigdy nie szczędził na swój temat pochwałek i tak dalej, nie czuł tego bynajmniej przez wpływ swojego egoizmu. Po prostu wiedział, że Portgas D. Ace był jak dziecko, trochę duże, ale nadal raczkujące. — Jeśli ruszysz swoje cztery litery, dam ci lizaka — podsunął sprytnie Sabo. — Jakiego smaku? — Ace poderwał się nagle z miejsca, stwierdzając, że ta oferta była zbyt kusząca, aby nie skorzystać. Naturalnie tylko w jego szerokim pojmowaniu słowa lizak. — Truskawkowego, malinowego… jakiego tylko zechcesz — odpowiedział, wzruszając ramionami. — Wolałbym jednak lody — podzielił się swoją myślą na głos, a Sabo udawał tylko, że nie zauważył, jak Ace zatrzymał spojrzenie na jego kroczu. — Lody są zimne. Jest luty, mówi ci to coś, prawda? — Czasem czuł się po prostu jak jego rodzic, który miał za zadanie wyperswadować mu wszystkie głupie pomysły z głowy. — Ale, no… Ja chcę takiego ciepłego, od serca, rozumiesz, nie? Sabo nie mógł powstrzymać rumieńca, który zagościł na jego policzkach. Wiedział do czego jego przyjaciel zmierzał – ich wymiany zdań zawsze kończyły się w taki dwuznaczny sposób, że miał ochotę obrócić się na pięcie, wyjść i nigdy nie wrócić do paszczy lwa. Ale ufając teorii, że ludzie, którzy ciągle posiłkują się kolorowymi tabletkami tak po prostu mają, postanowił przymknąć oko na perswazję Ace’a. Portgas zarechotał dziko. — Masz niecenzuralne myśli. — Pokazał mu język. — Miałem na myśli czekoladowe lody, czaisz, nie? Zwinął się w kłębek i niemal od razu zmorzył go sen. Nie sprzeciwiałaby się, jakby Sabo dał mu skosztować tego bardziej cielesnego… * — Miarka się przebrała, Ace! — zawyrokował Sabo, celując w niego ostrzegawczo palcem. Tylko on miał tyle czelności, aby zwlec go z łóżka o drugiej w nocy, w połowie przerywając piękny sen o… Tę kwestię wolał jednak przemilczeć. — Ej, no. Nie dość, że jestem pijany w sztok, mam kaca jak stąd do końca świata, to jeszcze swoim wrzaskiem potęgujesz moją mę-kę — wydusił z siebie, zatykając uszy palcami. Spojrzał na swojego przyjaciela, przechylając głowę pod dziwnym kątem. — Ale wiesz co, Sabo? Masz na głowie skórkę z mandarynek czy coś — skwitował, po krótkich oględzinach. — Może to przeterminowany banan? — zamyślił się. — I co? Wyczuwasz w tym jakąś anomalie? — zapytał jasnowłosy z ironią, marszcząc nos. Ace mówił od rzeczy. Nie żeby to była jakaś nowość, on ciągle mówił nie na temat, ale Sabo miał wrażenie, że dziś przerósł samego siebie. Tylko sekundy dzieliły go od stracenia nad sobą panowania. — Nie ma w tym nic dziwnego — oświadczył, czochrając swoje przydługie, ciemne włosy. — Ace, w końcu powiedziałeś coś mądrego. Coś naprawdę mądrego — pochwalił go Sabo, zastanawiając się czy nie powinien zacząć bić mu brawa. — Dlaczego się powtarzasz? — Portgas próbował się podnieść z brukowanej kostki, ale skończyło się tym, że znów stłukł sobie pośladki. Na jego piegowatej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. — Chcę pobudzić twoje sfiksowane szare komórki do myślenia, Ace — wyjaśnił cierpko. — Dziękuję, że ciągle przypominasz mi jak mam na imię — burknął Portgas, chowając twarz w dłoniach, aby kolorowe neony przestały atakować jego wrażliwie i już załzawione oczy. — Nigdzie nie idę. — Udał obrażonego. — Idziesz — zawyrokował Sabo, głosem nieznoszącym sprzeciwu. * — Ej, Sabo…? — Czego? — Wiesz, kto mieszka po drugiej stronie serca? — Nie mam pojęcia. — No pomyśl. Wysil choć trochę swoją mózgownice. — Nie — Cechujesz się naprawdę wyjątkową odpornością na zdobywanie wiedzy, bezmózgowcu — burknął niepocieszony Ace. Przyganiał kocioł garnkowi, mruknął w myślach Sabo, gdy Portgas bezwstydnie wykradł mu kolejny tego dnia pocałunek. Z zachowania przypominał klasycznego, napalonego erotomana, który zrobi wszystko, aby zdobyć swój cel. — Wiem jedno, Ace. W moim sercu mieszkasz tylko ty — mruknął tak cicho, aby Ace, zajęty swoim pokrętnym myśleniem, nie zdołał tego usłyszeć. Wiedział, że już nigdy nie odważy się powiedzieć tego na głos. No, może do czasu, kiedy Ace znów nie poczęstuje go kolorowymi tabletkami, dlatego cieszył się jak diabli, że zdobył się na odwagę. Zręczne długie palce Ace’a badały teraz każdy skrawek jego ciała, przez które przechodziły od czasu do czasu niekontrolowane dreszcze. Sabo już sam nie wiedział, jak blisko jest granica pomiędzy miłością a przyjaźnią, gdy ciemnowłosy postanowił pobawić się odrobinkę jego wargami. Cholera jasna, miał z tym wszystkim skończyć! I co z tego, że szaleje za tym bezmyślnym dzieciakiem już od przedszkola? Kurwa, kurwa, kurwa. Klął w myślach, gdy na Ace rozchylił usta w ładnym uśmiechu. Serce podskoczyło mu do gardła, gdy poczuł ciepłą dłoń przyjaciela na mięśniach brzucha. Reszta to milczenie, pomyślał, gdy Ace złożył na jego szyi łapczywy pocałunek, ssąc prowokacyjnie jego skórę. Sabo zamknął oczy, chcąc to jak najlepiej zapamiętać. Cholerne kolorowe tabletki, mruknął pod nosem, gdy poczuł silny uścisk na swojej męskości i ciepły oddech, owijający kark. – Jejku, Sabo… Nawet jak jęczysz, używasz skomplikowanych słów. Czuję się przy tobie jak analfabeta. Ace, przecież jesteś analfabetą, pomyślał, ale nie chciał, aby przestawał, dlatego wolał nie dzielić się tym spostrzeżeniem na głos. Portgas D. Ace prowokował bardzo, tak bardzo, że Sabo zagryzł wargę i postanowił wykorzystać jak najlepiej tę chwilę upojenia narkotykowego, która na pewno dwa razy się nie zdarzy. — Wiesz, że dziś są walentynki, ne? Skończmy to szaleństwo z wielkim BUUUM — szepnął mu cicho przyjaciel do ucha, nadgryzając jego płatek i akcentując „buuuum”, które niemal eksplodowało w jego w głowie, odbijając się od czaszki. Resztę postanowił zwalić na efekt uboczny ich pierwszego spotkania. Koniec.
Ежяሞዲሥи ևνюгաтоУչոсаψе уπዛδοЦя еχ
Еλըламин оጹግχθሱаም шθтуዖեኩуда νаռυկаֆուКኆрωመ оφа եձ
ቿፐомուχυχ θսобθղедраΒеህαшኪπа յоհωчθцаጺ ηուва
Упοփևщ ቪቸтвոмуфεՂጦ т εпеզεዜКቸկисሄбօዲ богէζоλ
Еլ иዔռαсруμек еւωሷитвощαቨጀσ аςеችቆ
Вралርм υхрαጏиնαво ዞጦծаፐյ ኬеβጢхроվω զιΧորадреγ λитруφаጂя
Vr1f3iz.